wtorek, 12 września 2017

Jeśli tylko chcesz.... " Pobiegnij w Wilnie "











 







"Znaleźć chwilę w ciągu dnia miliona pomysłów, projektów, obowiązków innych, tych malutkich i tych dużych na to aby wybiec...uciec....być samym. Czerpać kilometry niczym darmowe złoto, lecące zdrowie, endorfiny. Być samym ze sobą, pozbyć się problemów, przemyśleć, pokochać siebie. Biec tak daleko gdzie meta rozwiąże wszystkie kłopoty a medalem jest szczęście.
Dlaczego chciałabym wygrać ? Bo ja takie chwile znajduję prawie codziennie......wystarczy ich mocno szukać "

....... i wygrałam :) Pakiet startowy na dowolny dystans wydarzenia Danske Bank Vilnius Marathons 2017.

Konkurs organizowany przez runandtravel zatytułowany " Pobiegnij w Wilnie " dał mi szansę na zwiedzanie poprzez bieganie w dosłownym słowa znaczeniu nie tylko w dzień wydarzenia.
Jak się później okazało biegałam jeszcze 3 dni wcześniej :)

Podróż 
Sama organizacja wyjazdu i przygody, na którą mam tylko tydzień to dla mnie coś najpiękniejszego. Szukam wtedy rozwiązań z iskierką podniecenia bo wiem, że ten cudowny czas będzie juz za chwilę, momencik.
Do Wilna można dostać się na kilka sposobów, brałam pod uwagę opcję samolotu, autokaru.....a że połączyłam bieg z wyjazdem rodzinnym - zapakowaliśmy się po prostu w auto 3 dni wcześniej celem pokazania Litwy dzieciom.
W czwartek rano wyjazd, na spokojnie nocleg w Suwałkach i piątkowy obiad już jedliśmy na starówce Wilna.
Ten system sprawdził się głównie dlatego - aby nie przemęczać naszych małych pociech.

Wilno.
Przed wyjazdem usłyszałam wiele negatywnych opinii, miałam uważać na kieszonkowców, drożyznę, targowanie oraz niezbyt pozytywny stosunek samych Litwinów do Polaków. Może to wszystko zależy od nas samych , gdyż żadna z przepowiedni się nie spełniła. Powiedziałabym, że wszelkie kontakty z rodowitymi mieszkańcami Wilna były sympatyczne, uprzejme i radosne. 
Samo miasto to piękna kolebka naszych korzeni, wręcz obowiązkowy punkt do zwiedzania.  Zaczęliśmy go realizować od samego piątku, jak tylko pozbyliśmy się walizek. Do niedzieli codziennie pieszo pokonywaliśmy masę kilometrów, dzięki którym miałam wrażenie, że jestem w jednym wielkim treningu.
Te trzy dni swobodnie starczyły aby zobaczyć Ogród Bernardyński, Otrą Bramę, Kościół Bernardyński, Kościół Św Piotra i Pawła, Katerdę Wileńską, Cmentarz Bernardyński, Cmentarz na Rossie, Zarzecze Wileńskie, Wieżę Giedymina, Kościół Św Anny oraz pomnik Adama Mickiewicza. Wszystko pięknymi, wąskimi uliczkami starego miasta , wypełnionymi małymi kawiarniami, zakamarkami i tajemnicami.

Bieg
Miałam do wyboru kilka dystansów, a że byłam tydzień po półmaratonie i dwa tygodnie przez maratonem wolałam nie strzelać sobie przysłowiowo w kolano. Stwierdziłam, że te 21 km swobodnie mi wystarczy aby poczuć klimat wydarzenia. W piątek odebrałam pakiet, w którym otrzymałam bochenek chleba, litr ekologicznego barszczu, plaster na odciski i czyścik do garnków :) Wraz z numerem startowym masę zniżek do okolicznych restauracji oraz kupony -25% na wszystkie kolekcje Nike ustawione w wielkich namiotach na Placu Katedralnym , które pełniło w tych dniach funkcję miasteczka biegaczy.
Koszulki z wydarzenia przeznaczone były tylko dla uczestników maratonu, dla pozostałych biegaczy do nabycia w stoisku po 12 euro :) Oczywiście nie żałowałam sobie tak cennej pamiątki.
Cały weekend na samym placu było mnóstwo namiotów, atrakcji, wszelkich badań biegaczy oraz doradców sportowych. Po całym dniu zwiedzania fajnie było spocząć na wielkich schodach koło Katedry i poczuć klimat pasji biegania wszystkich osób.
Start w niedzielę 10 września, godzina 9.00 rano, razem ze sobą półmaratończycy ( 1 okrążenie ) oraz maratończycy ( 2 okrążenia ). Każdy regulaminowo w swoją strefę - kierowany i sprawdzany przez ustawione wojsko. Nie ma samowolki i bałaganu, że przysłowiowy Janush biegnie nie w swoim czasie blokując innych.  Dziesięć minut przed startem pochód flag wszystkich państw biorących udział w biegach, litewski hymn i wystrzał. Nie da się słowami opisać wrażeń, po prostu trzeba to przeżyć i doznać gęsiej skórki oraz niosącej cię muzyki.
Trasa prowadziła wzdłuż największej rzeki Wilna - Wilii , na której znajdują się piękne zdobione mosty. Po około 9 km przeniosłam rytm biegowy do pięknego Vingis Parku, obok mniejszego stadionu z wieżą telewizyjną w tle. Najsłodszy jednak jest koniec - ulice starego miasta Wilna, obok największych zabytków, kościołów, wąskimi uliczkami i bramami. Z terenu Zarzecza wybiegamy wprost na Plac Katedralny, masę kibicujących osób, bramy mety i fenomenalny hałas sukcesu. 
Cudowne uczucie spełnionego marzenia.
Organizacja
W tym punkcie można by tylko pozostawić opis Och i Ech, a wręcz jeszcze Ach !
Nie mam wielkich wymagań biorąc udział we wszystkich wydarzeniach biegowych, ale Wilno zaskoczyło mnie perfekcyjnością organizacyjną. Na całej strasie co 1 km rozstawieni wolontariusze wraz z ratownikiem medycznym. Pośród biegaczy na rowerze jeździli pytając czy wszystko ok. 
Punkty regeneracji do 2 km z wodą, izo, pomarańczami i bananami. Trasa oznakowana taśmami w całej rozpiętości. Rozmieszczone dodatkowe osoby nakierowujące biegaczy. Wszędzie bramki odgradzające od turystów i osób pieszych, pełno Policji, straży, wojska. Za metą dłuższy odcinek celem swobody, medal, woda, piwo :)
I to co mnie zaskoczyło : W maratonie brało udział 700 osób, w półmaratonie 1800, pozostałe biegi ok 1000 .......... dla nich wszystkich ustawiono obok parku 200 szt Toi Toi. Dodatkowo 3 razy na trasie widziałam po 4 sztuki. Niby nic......ale nie stoisz w kolejce przed startem, nie drepczesz z nogi na nogę, nie szukasz...........po prostu swoboda i spokój startu, uczestnictwa i  samego biegu. 

Zakochałam się Wilnie, doświadczyłam że warto wyjść poza strefę komfortu i poczuć kroki biegowe za granicą kraju. Pomimo, iż sam półmaraton nie należał do najłatwiejszych ponieważ podbiegi, krzywy bruk, czy kostki betonowe całej trasy dobiły doszczętnie moje nogi - na pewno wrócę, wrócę na maraton !
Kilka cennych informacji :
- Do Wilna jeźdźcie przez Kowno - obojętnie jak bardzo wasza nawigacja chciałaby skrócić trasę :)
- polecam nocleg w Apartamentach Satva rezerwując na booking - właściciele mówią po polsku, angielsku i litewsku, są młodzi i bardzo życzliwi a mieszkanie znajduje się 2 uliczki od mety
- ceny są tylko troszkę droższe względem naszych z uwagi na euro
- nie słuchajcie innych....... zazdroszczą :) Tam jest pięknie !!!!!!
- w większości miejscach Litwini rozmawiają po polsku, a po angielsku dogadacie się wszędzie !

poniedziałek, 4 września 2017

Jak można przebiec więcej w Półmaratonie Philipsa ?



Półmaraton Philipsa organizowany już 27 rok w Pile był naszym obowiązkowym punktem. Wręcz można stwierdzić, że prawie na własnych śmieciach, aż wstyd aby nie brać udziału.
Aga była już wcześniej zapisana , ja dołączyłam do niej z uwagi na Dagmarę - dla której taki dystans był pierwszym w karierze biegowej. Miałam za zadanie dotransportować ją na metę w wielkim uśmiechu. Jak się później okazało - nie było to wcale trudne mając takiego zawziętego kompana biegowego.
Odbiór pakietów dzień wcześniej poszedł bardzo sprawnie - w kopercie 2 kg makulatury, starych zagranicznych gazet, które chyba komuś po prostu zawadzały w piwnicy. Do tego numer startowy, agrafki i owsiany batonik. W regulaminie zapewniano o izotoniku....może akurat nie dla mnie.
Na zewnątrz punkt z koszulkami, nie spodziewałam się jakości 4F ale rozmiarem i kartonowym kształtem to mnie powalili na kolana.  Gdyby ktoś był chętny to mój rozmiar L -damski, jest idealny na męski XL - oddam za darmo :)
Jednak - nie pakiet gwarantuje sukces biegu, więc jego znaczenie to nie najważniejszy aspekt wydarzenia. Był numer startowy z pasem chipa - więcej nie trzeba do szczęścia startu.
Niedziela - godzina przed startem, chwila rozgrzewki, lekkiego biegu i wszyscy ustawili się do swoich stref.
Cel był jeden - trzymać tempo, spokojnie, bez przesadnego kombinowania. Wiedziałam, że Dagmara spokojnie da radę....wręcz obstawiałam , że z moim kolanem ja gdzieś na trasie odpadnę jak zdechły bąk. Aga poleciała wcześniej jak złota strzała ze swoim planem zamknięcia półówki w 1:55.
Półmaraton Philipsa w ramach Mistrzostw Polski, z atestem PZLA powinien gwarantować wręcz nieskazitelność organizacyjną. Jest jednym z punktów zaliczenia dystansu do Korony Polskich Półmaratonów. Dlatego wydarzenie ściąga tak duża liczbę uczestników.
Całą trasę 21km 97.5 m obliczałam na około 2:20 - 2:30 spokojnym tempem 7:30 powtarzając ciągle biegnij, biegnij, nie idź, nie patrz na innych, tylko nie idź, musisz biec.....i dobiegła.
Oczywiście z uśmiechem, dzielnie i w pełni sił Dagmara wpadła na metę jak gwiazda.
Ale........obraziłam się przy okazji na mój zegarek. Do tej pory uwielbiany Garmin, wręcz niezastąpiony, pokonujący wszelkie endo czy aplikacje sportowe - zawiódł.
Policzył o 400m więcej trasy niż powinien. Trasa z atestem PZLA nie może być źle zmierzona, może włączyłam go na rozgrzewce ? Z pewnością dodatkowe okrążenie stadionu krzywdy nie robi, za to bałagan w życiówkach już mocno może namieszać.
Minęło 5 minut szaleńczych endorfin, oglądania medalu i .........zaczęła się rozmowa, że wszystkim popsuły się zegarki :) Przy mecie prawdopodobnie było jakieś promieniowanie spowodowane ilością szczęśliwych biegaczy, życiówek i wszechobecnej radości. Krzyżówka tych wszystkich emocji całkowicie wygrała z wszechobecną elektroniką.
Nie ma ideałów, nie ma wspaniałych biegów, wrażenia i emocje potrafimy zapewnić sobie sami. Niektórym bardzo zależy na organizacji i oddają wręcz serce, inni podchodzą do tego rutynowo nie zwracając uwagi na detale. Każdy ma inne podejście. Jednak najważniejszy jest bieg.
Cel Półmaratonu Philipsa został osiągnięty, biorąc pod uwagę złą wieloletnią aurę tego wydarzenia.......oraz przygody z wczoraj - nie obiecujemy, że postaramy się o pakiet w przyszłym roku. Wszystkim uczestnikom gratulujemy ukończenia większego dystansu :)
Fajnie zorientować się na mecie że " MOŻNA BIEC WIĘCEJ " !


Ps. Szczególne podziękowania dla wszystkich osób kibicujących na całej trasie, w szczególności ekipie Piła-Jadwiżyn :) Jesteście wielcy, te odgłosy metalowych garnków aż zrywały wszelką moc.
Panu w zielonym kapeluszu oraz Stowarzyszeniu Działkowców - za wasze baaardzo głośne wsparcie.
Justyna Jason i dzwonem Iron , który było słychać już on samego ronda ! Jesteście świetni !
Błędy, błędami ale Piła wygrywa kibicami !!!!!!


Biegowa Przygoda w jesiennym wydaniu :)


CrossFitGirls czwarty sezon !


niedziela, 20 sierpnia 2017

16. Pzu Cracovia Maraton 30.04.2017

Powiedziałam "A" -  trzeba powiedzieć "B". Drugi maraton w życiu już stał się faktem. 
Mam to! 
Ale do rzeczy! 
Pół roku temu podjęłyśmy decyzję, że w tym roku zrobimy dwa maratony. 
Zapisałyśmy się i czekamy do terminu wyjazdu trenując. Aga jeszcze tego samego miesiąca postanowiła zrobić Mistrzostwa Polski w Nording Walkingu w Jastrowiu na dystansie maratonu. Zbliża się termin wyjazdu i dzień wcześniej synek Agi się rozchorował. 
Zostaje. Nie biegnie. Wiedziała że to jedyna słuszna decyzja. 
Z ciężkim sercem pojechaliśmy ekipą do Krakowa osieroceni przez Agę. 
Mówiąc my mam na myśli Dominikę – foto, Marka – osobisty „pacemacker”, Jacka – kierowca. Odebranie pakietów startowych poszło szybciutko, pasta party i lekka ekscytacja. Mika i ja wybrałyśmy się na mega pizzę, gdyż miałam już dość makaronów konsumując je od dwóch dni.
Niedziela rano na start! 
Pogoda nie rozpieszczała. Deszcz, deszcz, deszcz!!! 
Mała przebieżka w ramach rozgrzewki z hotelu na start. Na starcie spotkanie z Agnieszką i Justyną ze Złotowa i postanowienie, że trzymamy się w tej konfiguracji 4 osób do 21 kilometra. 
Wystrzał i lecimy! 
Na trasie, która była bardzo wąska, nierówna, dużo kałuż wypełnionych wodą, kolein, podbiegów, nie zamknięte fragmenty ulic, więc bieganie wśród spalin…
Ale biegło się dobrze mimo deszczu i częstej zmiany tępa z powodu przewężeń. Czas i kilometry uciekały. Stanowisk z wodą i innymi smakołykami pełno - nie można było narzekać na brak zasobów :).
I tak jak mówiliśmy do 21 km biegliśmy razem. Justyna wtedy przyspieszyła. W trójkę biegliśmy do 30 km, wtedy Marek i ja odłączyliśmy się od Agnieszki i również biegliśmy tempem szybszym niż na maratonie w Poznaniu, gdyż sił nam nie brakowało.
Dotarliśmy do mety! Ostatnie 300 metrów przy dopingu kibiców, aż niosło! 
Każda z nas trzech biegnących poprawiła czas. 
Dziękuję Markowi, Agnieszce i Justynie za towarzystwo biegowe, Dominice za piękne zdjęcia i przemówienie do rozsądku, Jackowi za bezpieczne dowiezienie w obie strony, Agnieszce C. za trzymanie kciuków i słowa otuchy! 
Widzimy się teraz w Warszawie...

środa, 5 lipca 2017

Półmaraton Karkonoski czyli pierwszy bieg górski w naszej karierze biegowej

Szalone pomysły sprawdzają się zawsze, obojętnie z której strony się za nie zabieracie - będzie nagroda.
Jakieś pół roku temu postanowiłyśmy, że w ramach urodzin solenizantka wybiera szalony bieg - taki, którego dystans i poziom będzie zaskoczeniem, ale oczywiście w zakresie możliwości jego pokonania.
Akurat tak trafiło, że pod koniec czerwca miałam 40 wiosen. Wkraczam w nową kategorię biegową -  właściwie jesteśmy w niej już obydwie.
Wybrałam weekend w górach i przy okazji pokonanie naszego pierwszego dystansu półmaratonu w ramach Maratonu Karkonoskiego. Miałyśmy sporo czasu na przygotowania, treningi i odpowiedni ekwipunek. Przerażały nas tylko przewyższenia - my wielbicielki leśnych dróg i małych górek.
Ale nie przekonasz się nigdy - póki na własnej skórze nie sprawdzisz z czym to się je.
Ruszyłyśmy w drogę  z nastawieniem " A może by wszystko rzucić w cholerę i przenieść się w Karkonosze ? " !!!!
Nocleg - załatwiany na szybko, wręcz błyskawicznie z uwagi na lekką zmianę planów, trafiłyśmy do hotelu w którym jeden czajnik elektryczny przykręcony na korytarzu do krzesła miał zapewnić wrzątek 20-stu pokojach . Niczym epoka komunizmu. Na szczęście dało się wyspać , a to było najważniejsze przed biegiem.
Odbiór pakietów - w sobotę,  odbywał się bieg na dystansie ultra-maratonu w którym brał udział Sławek i Wojtek, nasi terenowi ultrasi. Widząc ,że są w niezłej kondycji na mecie nabrałam trochę odwagi i wiary w moc górskich ścieżek. Nie wiedziałam jeszcze co nas czeka - ale przeświadczenie pięknych widoków gasiło wszelki niepokój.
Poranne przygotowania - filiżanka kawy i 3 kawałki razowego chleba z dżemem truskawkowym, w plecak - bukłak z rozcieńczoną colą ( błąd ), 2 żele, baton, folia NRC, telefon ( aplikacja Ratunek ), kurtka z funkcją 4 pory roku :), chusteczki i do boju.
Pogodę sprawdzałyśmy co pół godziny i ciągle wskazywało inaczej. Trzeba było przyjąć metodę, że lepiej ubrać mniej niż potem nosić to co niepotrzebne. Ruszyłyśmy !



Krótka odprawa, podstawowe informacje i start z polany kolejki na Puchatek.
Trasa prowadziła poprzez Karkonoski Park Narodowy drogami i ścieżkami turystycznymi, schodami, podłożem szrutowym kolejno :
- droga piesza na Puchatek mniej więcej ok 3 km wys 978 m
- Schronisko nad Łabskim Szczytem i pierwszy punkt odżywczy 5,300 km trasy, wys 1232 m
- odbicie i droga na Śnieżny Kocioł, na wysokości małego kotła odbicie w kierunku Schroniska na Hali Szrenickiej, wys 1406 m
- Łabski Szczyt i droga przez Twarożnik , wys 1470 m
- Schronisko na Hali Szrenickiej 12 km trasy i drugi punkt odżywczy, 1273m
- nawrotka i trasa przez Mokrą Przełęcz do pierwszego punktu na 18 km, wys 1150 m
- zbieg do samej mety drogą poprzez Puchatek :)
Cały dystans z mojego zegarka po dotarciu na metę to 23,400 km....potem okazało się,że każdy zegarek liczył inaczej z uwagi na różnicę sygnałów GPS. Różnica przewyższeń wynosiła 770m.


Uwagi na przyszłość - Nie wyobrażam sobie zrobić jakąkolwiek trasę górską bez kijków. Może kiedyś zmienię zdanie - ale wsparcie na prostym kręgosłupie widząc ludzi zgiętych wpół na podbiegu dawało poczucie bezpieczeństwa i braku bólu w tych partiach. Odbijało się to trochę na sile rąk, ale z tymi partiami problemu nie mam przez lata grania w siatkówkę więc warto było z tego korzystać.
Polecam kije składane Gabel gdyż można je łatwo schować do plecaka i swobodnie biec uwalniając ręce. Dodatkowo są bardzo lekkie, a ich złożenie trwa 10 sec.
Buty - to już grubsza sprawa. Tak na prawdę szukałyśmy rozwiązania na trasę około 3 m-ce wcześniej. Jedni polecali trail, inni zwykłe asfaltówki, gdyż trasa należała do łatwych. Na samym końcu wybrałyśmy najwygodniejsze trail jakie miałyśmy, nie celując w nowości czy nieznane marki.
Rozbiegane, mały bieżnik i wygoda zapewniły komfort biegu. Brak stuptutów zafundował mi piach w palcach, a pod koniec trasy również w paznokciu więc wbieganie na metę nie należało już do szczęśliwych.

Odżywianie - naczytałam się wcześniej o rozcieńczonej coli w bukłak, że zapewnia moc w trudnych chwilach. Niestety nie dla zwolennika czystej wody z cytryną. Nie tolerowałam zawartości mojego plecaka do samego końca. Obrzydliwa ciepła cola była wręcz całkowicie niepotrzebna. Korzystałam z wody na punktach uzupełniając softflask. Na całej trasie zużyłam dwa żele ( 5 i 12 km ) oraz jeden baton ChiaCharge z kawą, który daje mocny zastrzyk siły. Na taki dystans nie potrzebowałam więcej.
Rady na przyszłość - treningi, treningi, treningi , podbiegi, podbiegi, podbiegi, ćwiczenia siłowe na nogi razy 100. Podstawa biegów górskich. Żadne triathlony, biegi z przeszkodami i rajdy nie dały mi tak w kość jak ten półmaraton. Pokazał mi jaka jestem słaba względem gór i głupia, że wystartowałam pewna sukcesu. Szybko jednak zjadło mnie własne cwaniactwo i z każdym kilometrem pokorniałam jak małe dziecko. Na mecie klęłam sama do siebie za popełnione błędy.

Wnioski - przed samym startem rozmawiałyśmy z wieloma doświadczonymi biegaczami, dawali rady, a my kodowałyśmy sobie w głowie każdy szczegół. Jedna z Pań spytała mnie czy kocham góry, jeśli tak.....to po tym biegu będę chciała zawsze tutaj biegać. Miała rację. Zakochałam się.
Nie jestem w stanie opisać widoków, magii, mgły zachodzącej na szczyt, wiatr który ją przeganiał jak małe dziecko odsłaniając magiczny krajobraz.
Człowiek zapomina o piachu pod paznokciem, bólu bioder czy nóg.
W kilku momentach po prostu stanęłam, zapamiętałam chwilę oczyma i aparatem, czas leciał, a ja chciałam zbierać widok garściami. Te kilka minut więcej do czasu końcowego nic nie znaczą gdzie chwila trwa wiecznie. Wrócimy tam.....

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Tabata Workout w ramach Maratonu Fitness

video




























więcej na temat wydarzenia :
http://zlotow.naszemiasto.pl/artykul/maraton-fitness-na-stadionie-w-zlotowie,4162886,artgal,t,id,tm.html