czwartek, 16 listopada 2017

"Biegacze" - by dotknąć granicy marzeń

Wyszłam z kina, obejrzałam, nie mogę oddychać......
Zapiera mnie z wrażenia, z przekazu szaleństwa, poświęcenia, poczułam ból tego sportu.
Film wywiera na widzu ogromne emocje, buduje historię trójki ludzi, którzy z pozoru są zwykłymi osobami dnia codziennego. Mają jeden cel - bez względu na konsekwencję.
Nie wiem czy zdobyłabym się na odwagę aby poświęcić rodzinę, własne zdrowie i przyszłość.  Zostać z poczuciem ukończenia tak masakrycznego dystansu i oglądania w samotności medalu.
Czy warto ?
No właśnie....myślę, że zależnie od osoby - każdy inaczej to zrozumie.
Jedni spojrzą sercem tak jak ja, inni zobaczą ciekawą ludzką historię.
Jestem biegaczem, ale amatorem, jeszcze nie znającym kreski, która wyznacza koniec sił własnego ciała. Ale zdążyłam już doświadczyć chwili, w której głowa odrzuca adrenalinę, a uruchamia zdrowe myślenie. Jednak nie mam takiego doświadczenia by oceniać bohaterów filmu.
Na początku miałam w sobie wewnętrzną walkę , że to są szaleńcy, wariaci, chorzy....po prostu nienormalni.
No jak ? Jak ?
Jak można poświęcić własny związek,rodzinę, doprowadzić do jego rozpadu względem biegu ?
Jak można 5 tygodni po porodzie stanąć na linii startu takiego wydarzenia jak " Bieg 7 Szczytów" ? Jak można wiedząc , że pozostanie się kaleką jednak podjąć wyzwanie ?
No jak ?
Czy te 240 km warto ? Aż tak cenne ? I co po nim ? Samotność ? Kalectwo ?
Byłam wściekła............ wściekła na siebie - tak bardzo chciałam tam być z nimi.
Biec chociaż trochę, poczuć ich magię, siłę poświęcenia.
Być tą chwilę, moment, urywek dnia tylko tam. Usłyszeć wystrzał do biegu.
Obserwowałam film traktując go niczym lekcję - co piją, co jedzą, jak są ubrani. Samoistnie uczyłam się na przyszłość ? Bałam się sama siebie , a jednak pragnęłam poczuć ten dreszcz, granicę wytrzymałości, ból mięśni. Łapałam się na momentach, że ciało zaczęło marzyć, aby kiedyś dotknąć tego dystansu - spróbować się poświęcić.
Oglądałam i czułam momenty na własnej skórze.
Ten wiatr , który przenika pomiędzy drzewami, dolinami, dmucha w twarz mokrą od potu.
Zapach gór, ich ciszę, odgłos uderzeń stopy o ścieżkę biegową i oddech.
Stałam się częścią filmu, biegłam wewnętrznie, czułam na sobie ich doznania.
Rozumiałam film własnym sercem i pasją.
Nadal nie mogę oddychać, jestem ściśnięta od wrażeń.
Wiem, że mam najpiękniejszą pasję na świecie. I to jest mój sukces.


























niedziela, 12 listopada 2017

Samozwańcza Noc Biegowa w Dzień Niepodległości 2017r

Spośród słów używanych nieczęsto, tłumnie dzisiaj na place wybiegło
Słowo piękne, jak honor i męstwo
słowo, które brzmi - niepodległość

Niepodległość to brąz na cokołach
lecz na co dzień - mówiąc po prostu
polski dom, polski las, polska szkoła
polska władza i polski Kościół

Ono znaczy- bez strachu spać
Ono znaczy - spokojnie się budzić
kochać, śmiać się i pewnie trwać
- w wolnym kraju wśród wolnych ludzi.

" Niepodległość " Marcin Wolski

Szalone pomysły to już nasza codzienność. Ten również do nich należał. 
Chciałyśmy zebrać biegaczy, patriotów, chętnych aby uczcić Dzień Niepodległości w trochę inny sposób. 
W okowach nocy, bez medali, bez szumu wielkich wydarzeń - pobiegliśmy wspólnie 11 km z racami świetlnymi, flagami i we wspaniałej atmosferze.
Dzień Niepodległości to święto każdego Polaka, zapewnili nam to bohaterowie, o których warto pamiętać, a tę pamięć przekazywać dalszemu pokoleniu. 
Bieg był prawdziwym symbolem - znakiem pamięci tych, którzy walczyli w ciągu dnia i nocy, ginęli młodo ale z ojczyzną w sercu. Wartość wydarzenia zasługuje na kolejne edycje i wspólne utrwalanie pamięci. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do jego organizacji, oraz tym, którzy pobiegli w słusznej sprawie. Widzimy się za rok.






















poniedziałek, 16 października 2017

Wymarzona kraina Łemków czyli nasz cel 2017r

Przypominam sobie jak rok temu przypadkowo zobaczyłam zdjęcia szczęśliwych, ubłoconych biegaczy na polanie gdzieś pośrodku Beskidów Niskich. Nie zajęło mi długo odnalezienie wydarzenia, w którym brali udział.
Łemkowyna Ultra Trail - zespół biegów należących do dziesiątki najcięższych w Polsce pod względem trudności trasy.
" Bieg górski inny niż wszystkie " - reklama wydarzenia ciągnęła jak magnes.
Dzikie tereny, jesienna aura, tajemnicze podłoża pełne chyż łemkowskich, niewidocznych fundamentów, bezkresu pól.
Zakochałam się....
Do szaleństwa.....
Bezpowrotnie......
Ale jak teraz namówić Agę na tak mocne wyzwanie ?
Zarejestrowałam nas obydwie tydzień przed Bożym Narodzeniem oferując mojej biegowej kompance prezent pod choinkę. Dostała niczym grom z ciemnego nieba, bo wtedy wisiały nas nami czarne chmury przerażenia.
Obydwie pękałyśmy z ekscytacji, ciekawości, przygody. Czekałyśmy cały rok namawiając do tego szaleństwa jeszcze Dagmarę, Izę i Justynę.
To tak jakby machać przez 365 dni batonikiem przed twarzą dziecka.
Chciałam jechać, biec i tam być od zaraz.
Doczekałam się !
Dzień wyjazdu - Piątek 13-ego ( to nie żart ), przeziębiona, z pierwszym dniem TEGO co kobiety muszą znosić......zapakowałyśmy auto i w drogę 700 km przez Polskę.
Powiem szczerze, że pierwszy raz w życiu miałam tyle przeciwności aby nie jechać.
Nie mogłam przecież się poddać !!!!
Chora a pobiegnę ! .........byłam cwana :)
Dojechaliśmy do Krosna, małe rozeznanie w hotelu i ruszyłyśmy po pakiety.
Biuro zawodów na głównym rynku, ogromny namiot, szum zawodów, zdjęcia, numery. Obowiązkowe sprawdzenie wyposażenia bez którego nie ma szans na uczestnictwo : 50 zł, dowód, folia NRC, czołówka, telefon z aplikacją " Ratunek " i zapisany telefon do GOPR.
Mamy pakiety !
Co za szaleństwo, strach mieszany z ekscytacją, obydwie miałyśmy sztuczne uśmiechy i rozszerzone źrenice do maksimum. Krystepanie co my robimy ?
Nie było odwrotu.
Kolacja, sen ....czemu to tak szybko minęło ?
Stałyśmy na lini startu skoczni narciarskiej Puław Górnych.



Chwila rozgrzewki, odliczanie, poszliiii.......
Aga ruszyła jak pocisk, chwila i już jej nie widziałam. Biegłam z Izą i Dagmarą w miarę uzupełniając wzajemnie swoje tempa. Nie ma co ukrywać i owijać w bawełnę, że pierwsze 5km już wszystkim dokładnie pokazało na czym polega ten bieg.
Słodki podbieg palił łydki jak zapalona zapałka, a płuca walczyły o życie. W miarę podnoszenia terenu zaczęłam sobie układać w głowie, że jak już ruszyłam - to muszę zobaczyć metę. Nie ważne osłabienie, katar i ohydna słodka herbata w bukłaku. Trwałam.
Przepiękne widoki jesiennych drzew w górach, dolinach, oddalonych lasach dawały otuchy i momentalnie zabijały ból nóg czy wycieńczenie.



Dotarłyśmy do pierwszego punktu regeneracyjnego| (15 km), chwila odpoczynku, banany, woda, pomarańcze i po 5 min już biegłyśmy dalej. Przeziębienie zaczęło wygrywać, słabłam, gdyby nie Iza i jej elektrolity prawdopodobnie nie ukończyłabym biegu z wielkim zawodem w sercu.
Zrobiłyśmy małego shake w kubeczku, tabletka, 15 min dalej już byłam żywa.
Uczepiłam się biegacza z Ukrainy, który perfekcyjnie wybierał miejsca gdzie bezpiecznie stawiać stopę. Prowadził mnie do samej mety. Nie miałam siły na zmaganie z ratowaniem buta wciągniętego w błotne radliny. Biegło się ciężko, podeszwy oblepione trawą zmieszane z piachem przypominające beton. Do tego gałęzie niczym w puszczy hobbita.
Wszyscy z czterech tras mocno się wspierali.
Każdy miał już dość, zmęczeni, wykończeni ale uśmiechnięci.
Tego widoku nie zapomnę.....cały 1km przed metą biegnąć chodnikiem w Komańczy chciałam popełnić zabójstwo przypadkowego przechodnia. Opierdzielałam się w środku za jakie grzechy świata wpadłam na taki głupi pomysł żeby tutaj startować.
Miałam w głowie istną grochówkę złości i szczęścia po łzy w oczach. Nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić.....do tej pory za tym własnie tęsknię.
Wpadłam na metę ostatkiem sił, ryczałam w środku, wręcz szlochałam , tak bardzo byłam zadowolona i wykończona. Spełniłam marzenie, w limicie, zdrowa...... aż z tego wszystkiego odzyskałam moce.



Każda z nas zdała egzamin Łemkowyny Ultra Trail na piątke, ten sprawdzian w Komańczy był najważniejszy. Przepełnił nas bezkresną miłością - do której chcemy wracać.


Dwa dni po biegu ....... po schodach idę tyłem, z krzesła wstaję jak 120 letnia babcia, zakładanie spodni przypomina walkę na ringu, ale w sercu nadal mam kwiaty i motyle, a głowa chce tam wrócić, biec, być i czuć ten wiatr Łemkowskich pól i wzniesień....