poniedziałek, 16 października 2017

Wymarzona kraina Łemków czyli nasz cel 2017r

Przypominam sobie jak rok temu przypadkowo zobaczyłam zdjęcia szczęśliwych, ubłoconych biegaczy na polanie gdzieś pośrodku Beskidów Niskich. Nie zajęło mi długo odnalezienie wydarzenia, w którym brali udział.
Łemkowyna Ultra Trail - zespół biegów należących do dziesiątki najcięższych w Polsce pod względem trudności trasy.
" Bieg górski inny niż wszystkie " - reklama wydarzenia ciągnęła jak magnes.
Dzikie tereny, jesienna aura, tajemnicze podłoża pełne chyż łemkowskich, niewidocznych fundamentów, bezkresu pól.
Zakochałam się....
Do szaleństwa.....
Bezpowrotnie......
Ale jak teraz namówić Agę na tak mocne wyzwanie ?
Zarejestrowałam nas obydwie tydzień przed Bożym Narodzeniem oferując mojej biegowej kompance prezent pod choinkę. Dostała niczym grom z ciemnego nieba, bo wtedy wisiały nas nami czarne chmury przerażenia.
Obydwie pękałyśmy z ekscytacji, ciekawości, przygody. Czekałyśmy cały rok namawiając do tego szaleństwa jeszcze Dagmarę, Izę i Justynę.
To tak jakby machać przez 365 dni batonikiem przed twarzą dziecka.
Chciałam jechać, biec i tam być od zaraz.
Doczekałam się !
Dzień wyjazdu - Piątek 13-ego ( to nie żart ), przeziębiona, z pierwszym dniem TEGO co kobiety muszą znosić......zapakowałyśmy auto i w drogę 700 km przez Polskę.
Powiem szczerze, że pierwszy raz w życiu miałam tyle przeciwności aby nie jechać.
Nie mogłam przecież się poddać !!!!
Chora a pobiegnę ! .........byłam cwana :)
Dojechaliśmy do Krosna, małe rozeznanie w hotelu i ruszyłyśmy po pakiety.
Biuro zawodów na głównym rynku, ogromny namiot, szum zawodów, zdjęcia, numery. Obowiązkowe sprawdzenie wyposażenia bez którego nie ma szans na uczestnictwo : 50 zł, dowód, folia NRC, czołówka, telefon z aplikacją " Ratunek " i zapisany telefon do GOPR.
Mamy pakiety !
Co za szaleństwo, strach mieszany z ekscytacją, obydwie miałyśmy sztuczne uśmiechy i rozszerzone źrenice do maksimum. Krystepanie co my robimy ?
Nie było odwrotu.
Kolacja, sen ....czemu to tak szybko minęło ?
Stałyśmy na lini startu skoczni narciarskiej Puław Górnych.



Chwila rozgrzewki, odliczanie, poszliiii.......
Aga ruszyła jak pocisk, chwila i już jej nie widziałam. Biegłam z Izą i Dagmarą w miarę uzupełniając wzajemnie swoje tempa. Nie ma co ukrywać i owijać w bawełnę, że pierwsze 5km już wszystkim dokładnie pokazało na czym polega ten bieg.
Słodki podbieg palił łydki jak zapalona zapałka, a płuca walczyły o życie. W miarę podnoszenia terenu zaczęłam sobie układać w głowie, że jak już ruszyłam - to muszę zobaczyć metę. Nie ważne osłabienie, katar i ohydna słodka herbata w bukłaku. Trwałam.
Przepiękne widoki jesiennych drzew w górach, dolinach, oddalonych lasach dawały otuchy i momentalnie zabijały ból nóg czy wycieńczenie.



Dotarłyśmy do pierwszego punktu regeneracyjnego| (15 km), chwila odpoczynku, banany, woda, pomarańcze i po 5 min już biegłyśmy dalej. Przeziębienie zaczęło wygrywać, słabłam, gdyby nie Iza i jej elektrolity prawdopodobnie nie ukończyłabym biegu z wielkim zawodem w sercu.
Zrobiłyśmy małego shake w kubeczku, tabletka, 15 min dalej już byłam żywa.
Uczepiłam się biegacza z Ukrainy, który perfekcyjnie wybierał miejsca gdzie bezpiecznie stawiać stopę. Prowadził mnie do samej mety. Nie miałam siły na zmaganie z ratowaniem buta wciągniętego w błotne radliny. Biegło się ciężko, podeszwy oblepione trawą zmieszane z piachem przypominające beton. Do tego gałęzie niczym w puszczy hobbita.
Wszyscy z czterech tras mocno się wspierali.
Każdy miał już dość, zmęczeni, wykończeni ale uśmiechnięci.
Tego widoku nie zapomnę.....cały 1km przed metą biegnąć chodnikiem w Komańczy chciałam popełnić zabójstwo przypadkowego przechodnia. Opierdzielałam się w środku za jakie grzechy świata wpadłam na taki głupi pomysł żeby tutaj startować.
Miałam w głowie istną grochówkę złości i szczęścia po łzy w oczach. Nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić.....do tej pory za tym własnie tęsknię.
Wpadłam na metę ostatkiem sił, ryczałam w środku, wręcz szlochałam , tak bardzo byłam zadowolona i wykończona. Spełniłam marzenie, w limicie, zdrowa...... aż z tego wszystkiego odzyskałam moce.



Każda z nas zdała egzamin Łemkowyny Ultra Trail na piątke, ten sprawdzian w Komańczy był najważniejszy. Przepełnił nas bezkresną miłością - do której chcemy wracać.


Dwa dni po biegu ....... po schodach idę tyłem, z krzesła wstaję jak 120 letnia babcia, zakładanie spodni przypomina walkę na ringu, ale w sercu nadal mam kwiaty i motyle, a głowa chce tam wrócić, biec, być i czuć ten wiatr Łemkowskich pól i wzniesień....





Premiera filmu BIEGACZE w sali kinowej ZCAS Złotów

Serdecznie zapraszamy na pokaz filmu dokumentalnego BIEGACZE w reżyserii Łukasza Borowskiego.
Premiera odbędzie się 16 listopada 2017 r o godzinie 19.00 w sali kinowej ZCAS Złotów.
Bilety w wysokości 20,00 zł /os na projekcję będą sprzedawane w godzinach 18.00 - 18.55 przed wejściem do sali kinowej.
Serdecznie zapraszamy aby przyjechać wcześniej, będzie okazja do spotkania , rozmów przy kubku gorącej kawy oraz kawałku domowego ciasta.
„Tylko kiedy biegnę, czuję, że żyję"
240 kilometrów, 1200 metrów wspinaczki i 52 godziny. Tylko tyle na pokonanie morderczej trasy mają uczestnicy Biegu 7 Szczytów. Nie zważając na uporczywy deszcz czy doskwierający upał niestrudzenie zmierzają do mety. Wszystko po to, by przez ten jeden moment poczuć spełnienie i euforię. Trójka bohaterów. Agata - matka trójki dzieci, Michał - sportowiec i podróżnik oraz Wiesław – menadżer w dużym banku podejmują próbę ukończenia jednego z najtrudniejszych ultramaratonów na świecie.
Podczas wyścigu uczestnicy pokonują ponad 240 kilometrów. Przez dwie doby biegacze nie śpią, nie mają przystanków, nawet posiłki przyjmują, biegnąc. Ci, którzy docierają na metę, odczuwają wielką euforię. Bardzo szybko zaczynają myśleć o kolejnym biegu ekstremalnym.
Szczegółowe informacje uzyskają Państwo pod nr telefonu:
603 677 276 Agnieszka Ceranowska
oraz a.ceranowska@wp.pl lub pseudobiegaczki@wp.pl
Widzimy się 16 listopada 2017 r godzina 18.00 sala kinowa ZCAS Złotów

























 







wtorek, 12 września 2017

Jeśli tylko chcesz.... " Pobiegnij w Wilnie "











 







"Znaleźć chwilę w ciągu dnia miliona pomysłów, projektów, obowiązków innych, tych malutkich i tych dużych na to aby wybiec...uciec....być samym. Czerpać kilometry niczym darmowe złoto, lecące zdrowie, endorfiny. Być samym ze sobą, pozbyć się problemów, przemyśleć, pokochać siebie. Biec tak daleko gdzie meta rozwiąże wszystkie kłopoty a medalem jest szczęście.
Dlaczego chciałabym wygrać ? Bo ja takie chwile znajduję prawie codziennie......wystarczy ich mocno szukać "

....... i wygrałam :) Pakiet startowy na dowolny dystans wydarzenia Danske Bank Vilnius Marathons 2017.

Konkurs organizowany przez runandtravel zatytułowany " Pobiegnij w Wilnie " dał mi szansę na zwiedzanie poprzez bieganie w dosłownym słowa znaczeniu nie tylko w dzień wydarzenia.
Jak się później okazało biegałam jeszcze 3 dni wcześniej :)

Podróż 
Sama organizacja wyjazdu i przygody, na którą mam tylko tydzień to dla mnie coś najpiękniejszego. Szukam wtedy rozwiązań z iskierką podniecenia bo wiem, że ten cudowny czas będzie juz za chwilę, momencik.
Do Wilna można dostać się na kilka sposobów, brałam pod uwagę opcję samolotu, autokaru.....a że połączyłam bieg z wyjazdem rodzinnym - zapakowaliśmy się po prostu w auto 3 dni wcześniej celem pokazania Litwy dzieciom.
W czwartek rano wyjazd, na spokojnie nocleg w Suwałkach i piątkowy obiad już jedliśmy na starówce Wilna.
Ten system sprawdził się głównie dlatego - aby nie przemęczać naszych małych pociech.

Wilno.
Przed wyjazdem usłyszałam wiele negatywnych opinii, miałam uważać na kieszonkowców, drożyznę, targowanie oraz niezbyt pozytywny stosunek samych Litwinów do Polaków. Może to wszystko zależy od nas samych , gdyż żadna z przepowiedni się nie spełniła. Powiedziałabym, że wszelkie kontakty z rodowitymi mieszkańcami Wilna były sympatyczne, uprzejme i radosne. 
Samo miasto to piękna kolebka naszych korzeni, wręcz obowiązkowy punkt do zwiedzania.  Zaczęliśmy go realizować od samego piątku, jak tylko pozbyliśmy się walizek. Do niedzieli codziennie pieszo pokonywaliśmy masę kilometrów, dzięki którym miałam wrażenie, że jestem w jednym wielkim treningu.
Te trzy dni swobodnie starczyły aby zobaczyć Ogród Bernardyński, Otrą Bramę, Kościół Bernardyński, Kościół Św Piotra i Pawła, Katerdę Wileńską, Cmentarz Bernardyński, Cmentarz na Rossie, Zarzecze Wileńskie, Wieżę Giedymina, Kościół Św Anny oraz pomnik Adama Mickiewicza. Wszystko pięknymi, wąskimi uliczkami starego miasta , wypełnionymi małymi kawiarniami, zakamarkami i tajemnicami.

Bieg
Miałam do wyboru kilka dystansów, a że byłam tydzień po półmaratonie i dwa tygodnie przez maratonem wolałam nie strzelać sobie przysłowiowo w kolano. Stwierdziłam, że te 21 km swobodnie mi wystarczy aby poczuć klimat wydarzenia. W piątek odebrałam pakiet, w którym otrzymałam bochenek chleba, litr ekologicznego barszczu, plaster na odciski i czyścik do garnków :) Wraz z numerem startowym masę zniżek do okolicznych restauracji oraz kupony -25% na wszystkie kolekcje Nike ustawione w wielkich namiotach na Placu Katedralnym , które pełniło w tych dniach funkcję miasteczka biegaczy.
Koszulki z wydarzenia przeznaczone były tylko dla uczestników maratonu, dla pozostałych biegaczy do nabycia w stoisku po 12 euro :) Oczywiście nie żałowałam sobie tak cennej pamiątki.
Cały weekend na samym placu było mnóstwo namiotów, atrakcji, wszelkich badań biegaczy oraz doradców sportowych. Po całym dniu zwiedzania fajnie było spocząć na wielkich schodach koło Katedry i poczuć klimat pasji biegania wszystkich osób.
Start w niedzielę 10 września, godzina 9.00 rano, razem ze sobą półmaratończycy ( 1 okrążenie ) oraz maratończycy ( 2 okrążenia ). Każdy regulaminowo w swoją strefę - kierowany i sprawdzany przez ustawione wojsko. Nie ma samowolki i bałaganu, że przysłowiowy Janush biegnie nie w swoim czasie blokując innych.  Dziesięć minut przed startem pochód flag wszystkich państw biorących udział w biegach, litewski hymn i wystrzał. Nie da się słowami opisać wrażeń, po prostu trzeba to przeżyć i doznać gęsiej skórki oraz niosącej cię muzyki.
Trasa prowadziła wzdłuż największej rzeki Wilna - Wilii , na której znajdują się piękne zdobione mosty. Po około 9 km przeniosłam rytm biegowy do pięknego Vingis Parku, obok mniejszego stadionu z wieżą telewizyjną w tle. Najsłodszy jednak jest koniec - ulice starego miasta Wilna, obok największych zabytków, kościołów, wąskimi uliczkami i bramami. Z terenu Zarzecza wybiegamy wprost na Plac Katedralny, masę kibicujących osób, bramy mety i fenomenalny hałas sukcesu. 
Cudowne uczucie spełnionego marzenia.
Organizacja
W tym punkcie można by tylko pozostawić opis Och i Ech, a wręcz jeszcze Ach !
Nie mam wielkich wymagań biorąc udział we wszystkich wydarzeniach biegowych, ale Wilno zaskoczyło mnie perfekcyjnością organizacyjną. Na całej strasie co 1 km rozstawieni wolontariusze wraz z ratownikiem medycznym. Pośród biegaczy na rowerze jeździli pytając czy wszystko ok. 
Punkty regeneracji do 2 km z wodą, izo, pomarańczami i bananami. Trasa oznakowana taśmami w całej rozpiętości. Rozmieszczone dodatkowe osoby nakierowujące biegaczy. Wszędzie bramki odgradzające od turystów i osób pieszych, pełno Policji, straży, wojska. Za metą dłuższy odcinek celem swobody, medal, woda, piwo :)
I to co mnie zaskoczyło : W maratonie brało udział 700 osób, w półmaratonie 1800, pozostałe biegi ok 1000 .......... dla nich wszystkich ustawiono obok parku 200 szt Toi Toi. Dodatkowo 3 razy na trasie widziałam po 4 sztuki. Niby nic......ale nie stoisz w kolejce przed startem, nie drepczesz z nogi na nogę, nie szukasz...........po prostu swoboda i spokój startu, uczestnictwa i  samego biegu. 

Zakochałam się Wilnie, doświadczyłam że warto wyjść poza strefę komfortu i poczuć kroki biegowe za granicą kraju. Pomimo, iż sam półmaraton nie należał do najłatwiejszych ponieważ podbiegi, krzywy bruk, czy kostki betonowe całej trasy dobiły doszczętnie moje nogi - na pewno wrócę, wrócę na maraton !
Kilka cennych informacji :
- Do Wilna jeźdźcie przez Kowno - obojętnie jak bardzo wasza nawigacja chciałaby skrócić trasę :)
- polecam nocleg w Apartamentach Satva rezerwując na booking - właściciele mówią po polsku, angielsku i litewsku, są młodzi i bardzo życzliwi a mieszkanie znajduje się 2 uliczki od mety
- ceny są tylko troszkę droższe względem naszych z uwagi na euro
- nie słuchajcie innych....... zazdroszczą :) Tam jest pięknie !!!!!!
- w większości miejscach Litwini rozmawiają po polsku, a po angielsku dogadacie się wszędzie !

poniedziałek, 4 września 2017

Jak można przebiec więcej w Półmaratonie Philipsa ?



Półmaraton Philipsa organizowany już 27 rok w Pile był naszym obowiązkowym punktem. Wręcz można stwierdzić, że prawie na własnych śmieciach, aż wstyd aby nie brać udziału.
Aga była już wcześniej zapisana , ja dołączyłam do niej z uwagi na Dagmarę - dla której taki dystans był pierwszym w karierze biegowej. Miałam za zadanie dotransportować ją na metę w wielkim uśmiechu. Jak się później okazało - nie było to wcale trudne mając takiego zawziętego kompana biegowego.
Odbiór pakietów dzień wcześniej poszedł bardzo sprawnie - w kopercie 2 kg makulatury, starych zagranicznych gazet, które chyba komuś po prostu zawadzały w piwnicy. Do tego numer startowy, agrafki i owsiany batonik. W regulaminie zapewniano o izotoniku....może akurat nie dla mnie.
Na zewnątrz punkt z koszulkami, nie spodziewałam się jakości 4F ale rozmiarem i kartonowym kształtem to mnie powalili na kolana.  Gdyby ktoś był chętny to mój rozmiar L -damski, jest idealny na męski XL - oddam za darmo :)
Jednak - nie pakiet gwarantuje sukces biegu, więc jego znaczenie to nie najważniejszy aspekt wydarzenia. Był numer startowy z pasem chipa - więcej nie trzeba do szczęścia startu.
Niedziela - godzina przed startem, chwila rozgrzewki, lekkiego biegu i wszyscy ustawili się do swoich stref.
Cel był jeden - trzymać tempo, spokojnie, bez przesadnego kombinowania. Wiedziałam, że Dagmara spokojnie da radę....wręcz obstawiałam , że z moim kolanem ja gdzieś na trasie odpadnę jak zdechły bąk. Aga poleciała wcześniej jak złota strzała ze swoim planem zamknięcia półówki w 1:55.
Półmaraton Philipsa w ramach Mistrzostw Polski, z atestem PZLA powinien gwarantować wręcz nieskazitelność organizacyjną. Jest jednym z punktów zaliczenia dystansu do Korony Polskich Półmaratonów. Dlatego wydarzenie ściąga tak duża liczbę uczestników.
Całą trasę 21km 97.5 m obliczałam na około 2:20 - 2:30 spokojnym tempem 7:30 powtarzając ciągle biegnij, biegnij, nie idź, nie patrz na innych, tylko nie idź, musisz biec.....i dobiegła.
Oczywiście z uśmiechem, dzielnie i w pełni sił Dagmara wpadła na metę jak gwiazda.
Ale........obraziłam się przy okazji na mój zegarek. Do tej pory uwielbiany Garmin, wręcz niezastąpiony, pokonujący wszelkie endo czy aplikacje sportowe - zawiódł.
Policzył o 400m więcej trasy niż powinien. Trasa z atestem PZLA nie może być źle zmierzona, może włączyłam go na rozgrzewce ? Z pewnością dodatkowe okrążenie stadionu krzywdy nie robi, za to bałagan w życiówkach już mocno może namieszać.
Minęło 5 minut szaleńczych endorfin, oglądania medalu i .........zaczęła się rozmowa, że wszystkim popsuły się zegarki :) Przy mecie prawdopodobnie było jakieś promieniowanie spowodowane ilością szczęśliwych biegaczy, życiówek i wszechobecnej radości. Krzyżówka tych wszystkich emocji całkowicie wygrała z wszechobecną elektroniką.
Nie ma ideałów, nie ma wspaniałych biegów, wrażenia i emocje potrafimy zapewnić sobie sami. Niektórym bardzo zależy na organizacji i oddają wręcz serce, inni podchodzą do tego rutynowo nie zwracając uwagi na detale. Każdy ma inne podejście. Jednak najważniejszy jest bieg.
Cel Półmaratonu Philipsa został osiągnięty, biorąc pod uwagę złą wieloletnią aurę tego wydarzenia.......oraz przygody z wczoraj - nie obiecujemy, że postaramy się o pakiet w przyszłym roku. Wszystkim uczestnikom gratulujemy ukończenia większego dystansu :)
Fajnie zorientować się na mecie że " MOŻNA BIEC WIĘCEJ " !


Ps. Szczególne podziękowania dla wszystkich osób kibicujących na całej trasie, w szczególności ekipie Piła-Jadwiżyn :) Jesteście wielcy, te odgłosy metalowych garnków aż zrywały wszelką moc.
Panu w zielonym kapeluszu oraz Stowarzyszeniu Działkowców - za wasze baaardzo głośne wsparcie.
Justyna Jason i dzwonem Iron , który było słychać już on samego ronda ! Jesteście świetni !
Błędy, błędami ale Piła wygrywa kibicami !!!!!!