piątek, 29 sierpnia 2014

Nominacja

Dziś wzięło mnie na mniej sportowe wywody. Zasugerowano mi, że zostanę nominowana do Ice Bucket Challenge czy też Splash, każdy nazywa to i przekręca do woli. Nie każdy jednak rozumie ideę tego zachowania.
Założyciel tej akcji miał pomysł na to aby każdy człowiek odczuł skutek stwardnienia bocznego , na które to zachorował jego przyjaciel. Jak wiadomo w Kalifornii jest dość upierdliwy upał, w momencie nominacji osoba taka na rozgrzane ciało ma wylać wiadro wody z nie do końca rozpuszczonym lodem. Efektem tego jest tak mocny skurcz mięśni że zanika chwilowe czucie - podobnie jak przy wyżej opisanej chorobie, która to czucie traci na zawsze. Osoba nominowana ma ocknąć swoje myślenie i podzielić się groszem aby wspomóc chorych. Organizacja ta na chwilę obecną ma już 60 milionów dolarów, tak więc dość dużo osób pomyślało prawidłowo.

Aby nie zostać zlinczowana, że jestem dziwakiem i przeciwnikiem wszystkiego wpadłam na trochę inny pomysł. Myślę, że amerykanie już sobie świetnie poradzą ze swoją akcją. Natomiast w Naszym kraju jest wiele osób, które codziennie walczą o każdy grosz. 
Wyprzedzam fakt, bo z pewnością jak lawina błotna dostanę strzał na nominację - oficjalnie oświadczam, że wybieram zamiast wiadra na łeb akcję na dożywianie dzieci w naszych szkołach. Wystarczy wejść na stronę http://www.podzielsieposilkiem.pl/ wybrać rejon, szkołę i wpłacić dowolną kwotę na obiady. Takim sposobem kilkoro bądź kilkadziesiąt dzieci zobaczy może jedyny posiłek w ciągu dnia, a druga strona będzie sucha i zadowolona.

Co do wody i oblewania ............... woda w niektórych rejonach świata ma wartość złota także to, ze mamy jej w nadmiarze nie upoważnia wszystkich do jej wylewania na siebie w niewiadomym celu.
Cel który osiągamy na Fb był początkowo całkiem inny ......


 Nominuję wszystkich z Was do tego co ja zrobiłam !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

sobota, 23 sierpnia 2014

Obsesja

Dzisiaj jest ten dzień, w którym chciałabym być supermenem albo Wonder woman. Wszystko bym dała, oj wszystko żeby na chwilkę przenosić budynki i palić ogniem, albo mieć dwanaścioro rąk. Pisać, prać, gotować, biegać - wszystko jednocześnie. Marzenie ....

Jestem doszczętnie wypompowana. Głupio mi jeszcze iść spać, ale mam wrażenie że jak stanę z opartą głową przy ścianie to odjadę. Więc...piszę.... zawsze to jakaś odskocznia od omdlenia.
Wczoraj pokonałyśmy z Pati 5,80 km w leśnych trasach plus kilka podbiegów na palcach. Było fantastycznie. To chłodne powietrze, wiatr i promyki słońca przebijające gałęzie drzew. Kojący odgłos stóp uderzających o ziemię podczas biegu. Obydwie byłyśmy w transie - ja swoich hitów, Pati - Metallica. Co prawda z każdym jej utworem zauważałam, że przyspiesza dość stanowczo ale nic nie poradziłam, że ustawiła sobie metalowy zespół. Dawałam radę.
Dzisiaj przyszedł dzień z niespodziankami. Od rana prałam, sprzątałam i gotowałam. Mój pierworodny ma jutro 10 lat. Równy piękny wiek. Jako prawdziwa matka musiałam się postarać, ale czasami wydaje mi się, że mam księcia, a nie dziecko. Gdybym mogła - ulepiłabym mu górę ze złota albo porwała Ronaldo tylko dlatego żeby zrobić mu przyjemność. Wiem.... każda matka taka jest..... ale ja mam lekko mówiąc chorobę nadopiekuńczą. Przyznaje się bez bicia. Zorganizowałam mu przyjęcie z kumplami w pizzerii. Pilnowałam, doglądałam i przygotowywałam na jutrzejszy dzień placki. Nie mam pojęcia jak to wszystko zrobiłam biorąc pod uwagę, że jak kask na głowie miałam przylepionego do mnie dwu letniego małego wirusa, który zresztą tez ma niedługo urodziny - te szlachetne drugie. I jak tak stałam nad garami w mojej cudownej kuchni obierając kartofle na sałatkę wróciłam do zapachu lasu i odgłosu stóp uderzających o ziemię. Można by powiedzieć, że to psycho faza......możliwe.....ale to dobra obsesja. Nie zagraża biciem rekordów i  łapania czasów na zawodach. Nie zmusza do niczego, nie przywiązuje do żadnego grafiku. Ta obsesja jest wolna - organizm chce być tam gdzie jest wolny i szczęśliwy inaczej. Mój dom, moje dzieci, moje życie to inny rodzaj szczęścia. Biegając mam  radość i poczucie wolnego ducha, swobody myślenia i odłączenia od chociażby tego obierania kartofli.....
Zdaje sobie sprawę, że dzisiaj padam na pysk. Na samą myśl, że miałabym wyjść aby przebiec z 4km ...........brrrr, o nie !!!!! Ale jutro.....hmmm....chyba znajde czas :)

sobota, 16 sierpnia 2014

" Maraton " The Beatles

Nie mam pojęcia co mnie naszło, może miałam dziwny dzień, za dużo się narobiłam, bądź poczułam impuls chwili. Dwa miesiące temu zaproponowałam dziewczynom bieg w Osieku nad Wisłą , tym za Toruniem ( potem się skapnęłam że to wcale blisko nie jest ). Fenomenalne było to, że owy bieg był ku czci The Beatles. Chyba wyobrażałam sobie, że na strzał do startu przyjedzie sam Paul Mc'Cartney, a w tle będą leciały cudowne piosenki z tamtych lat. Ogólnie wyobrażałam sobie dużo więcej ale oszczędzę Wam szczegółów aby potem nie być obiektem pożałowania. Z mojej propozycji skorzystała tylko Aga J bo Pati uciekła nam chwilowo za granicę. Tak więc pilnowałyśmy terminu i czekałyśmy.

 Dzień rozpoczął się kawą, pakowaniem i szukaniem telefonu biegając po schodach, jak zwykle zresztą. Na 4 godziny przed biegiem miałam swoistą rozgrzewkę. Podjechałam po naszą photo girl, potem po Agę i w drogę. Część trasy byłam dzielna jadąc wedle wiedzy mapy, potem jednak użyłam swojego cudu techniki co niby pokazuje budynki. Nawigacja poprowadziła nas chyba najkrótszą drogą jaka kiedykolwiek tam istniała.
Od Torunia opiewała w drogę leśną z wystającymi korzeniami, labiryntami leśnymi i skarpami. W pewnym momencie nawet było powalone drzewo na sam środek, które wedle ugniecionej trawy trzeba było ominąć bokiem górki co przyprawiło o lekki dreszczyk, że auto przewali się na lewy bok. Tyle co ta droga miała kilometrów tyle litrów spłynęło mi potu z rąk od trzymania kurczowo kierownicy. Po dojechaniu byłam gotowa na Paryż - Dakar jako pomocnik.
Ale wytrwałam las i dojechałyśmy.
Biuro zawodów mieściło się w Domu Kombatanta w Osieku, o którym nie wiedział nikt z trojga mieszkańców pytanych po drodze. Dawało to nam ogromne poczucie bezpieczeństwa, że odległość autem i droga leśna jaką pokonałyśmy poszła na marne.

W dalszej kolejności jak na amatorów przystało z lekką dozą adrenaliny przypinałyśmy numerki i chipy. Bieg opiewał trasę do Smogorzewca i z powrotem ( do domu organizatora i fana The Beatles ) o łącznej długości 8,200 m. W tle postkomunistycznego ośrodka pogrywała kapela typowo weselne utwory, aż chciało się powywijać " na trzy " a obok Panie z Koła Gospodyń piekły grillowe kiełbaski.

Godzina 12.45 lekkie słoneczko, chmury i przygotowanie do biegu...... rozgrzewka...chwila skupienia i ........ogromny deszcz. Normalnie najpierw stukały kropelki jak maleńkie diamenty, a za chwile leciały kurze jaja. Fajnie, super, bosko....... myślę.... nie mam cuchów na zmianę, nie ma się gdzie skryć, jeszcze tylko piorun w środek głowy i będę się tlić jak zapałka.






Start......poszłyśmy......w tej ulewie








Ogólnie w sumie gdyby nie około 40 stu mężczyzn, którzy gnali przodem na złamania karku to całkowicie nie wiedziałabym którędy biec. Trasa całkowicie nie oznaczona. Może wybrałam bieg na orientacje ? Potem chyba to sprawdzę.

Droga leśna, przy strugach deszczu piach na niej już był zbrylony więc co jakiś czas miało się wrażenie że to bieg po plaży, a nie leśny. Potem trochę płyt betonowych, ubitego żwiru i znów las. Cudowne kałuże, rozwalone gałęzie i jak zawsze miałam wrażenie że dostanę " z liścia " taką brzozą od wcześniej biegnącego uczestnika. Ale jak mantrę powtarzam sobie, że w głupich sytuacjach trzeba szybko przeżyć bo inni mają gorzej. Tutaj akurat sama to znalazłam, wybrałam i jeszcze namówiłam Agę, więc musiałam to przeżyć z honorem :)




Jakoś znosiłam drogę, ciągłą kolkę od wcześniejszego picia wody ( moja głupota przyznaje ) i ludzi nording walking , którzy skutecznie wystartowali razem z biegaczami cudownie ich szturmując.
Dobiegłyśmy do domu organizatora czyli 4100 m od mety , zrobiłyśmy sobie fotę u terenowego fotografa ( sąsiad ), który stał tam właśnie w tym celu obok tabliczki zespołu The Beatles, dostałyśmy wodę i z powrotem. Odkręciłam wodę żeby trochę sobie ulżyć w gardle bo ogólnie byłam cała mokra od deszczu, a tutaj niespodzianka - gazowana, cud - miód, fantastyczny pomysł ktokolwiek ją wymyślił. Efektem tego były porozwalane butelki pełne wody w zasięgu 30m i cudownie kojący tekst Agi - A w Etiopii nie ma wody !!!
Cała trasa przebiegała przez dwa lasy połączone drogą gminną asfaltową. Kierujący ruchem - Komendant Straży w Osieku skutecznie zatrzymywał nadjeżdżające auta celem udostępnienia trasy biegaczom.
W momencie naszego przelotu ową krajówką niniejszy Pan opieprzał krótko mówiąc pewną kobietę, która chciała postawić na poboczu auto tekstem : Tu nie wolno stawać bo biegnie maraton !!!
Jezus Maria to Maraton? I ja nie sprawdziłam? Jego wiedza mnie powaliła, zaczęłam się zastanawiać czy jeszcze 36 km przede mną czy tylko 4 ?
Wbiegając na metę zostałyśmy cudownie wyczytane przez przenośny mikrofon po imieniu i nazwisku oraz wręczono nam drewniany medal. Miałyśmy jeszcze kupon na kiełbasę, za który podziękowałyśmy gdyż ci co dobiegli wcześniej stali tam w 30-sto osobowej kolejce.





Powiem tak - dużo jeszcze muszę się nauczyć, ale zdaje sobie sprawę że jestem amatorem i pseudobiegaczem, mam prawo do pomyłek i startów w swoistych biegach. Ten właśnie do takich należał. Pobiegłyśmy, zapakowałyśmy się do auta i czym prędzej pojechałyśmy :)


p.s. Nasza Photo Girl jest wspaniała - znosi nas ze spokojem i zaraża śmiechem niczym nieuleczalną chorobą. Nie biega, ale endorfiny się jej mocno udzielają

wtorek, 5 sierpnia 2014

Ruszyć cztery litery

No własnie.....trudna sprawa....jak to zrobic ?
Wyobraźmy sobie wielki pluszowy fotel, przed nim stolik na którym stoi kawa z pełnotłustym mlekiem, obok talerzyk z ciepłym jabłecznikiem i łyżką lodów Manhattan. Na oparciu owego fotela - trzy piloty i tysiące kanałów do wyboru - coś na pewno się znajdzie, przed tym wszystkim ogromny telewizor spełniający każdą zachciankę. Na wszystkie pory roku, chandrę - cudowne lekarstwo w zasięgu ręki.
A teraz druga strona wyobrażenia. Na kanapie leżą dresy, koszulka, buty ( obok ), mp4 i czapeczka. W pakiecie jest ból nóg, zmęczenie, prawdopodobne lekkie wypluwanie organów, duszności i powtarzanie - po jaką cholerę ? Lub też rower - odczucia podobne, po pewnym czasie identyczne powtarzanie wyrzutów.
Do lutego br wybór z owych sytuacji był dla mnie jasny. Jak miałam wolną chwilę to ten talerz z jabłecznikiem i kawą był prawdziwym SPA. Normalnie delektowałam sie i odpoczywałam.
Dzień był poukładany na pewne porcje : praca, zakupy, obiad, sprawy służbowe, kolacja, szkoła, mycie, pranie......i tak szło. Nawet gdybym chciała coś jeszcze robić to niby kiedy ? Nie miałam na nic czasu. Jak wstałam to zanim się ogarnęłam był wieczór.
Ktoś kiedyś powiedział, że przy dzieciach nie można się nudzić i to jest najszczersza prawda bo to właśnie one powodują, że mam dwa razy więcej czynności do wykonania w ciągu dnia .Jakim cudem miałam w ten mój poukładany plan wsadzić jeszcze uprawianie sportu ? Nie pasowało mi to za żadne skarby. Jestem typem choleryka i dobrze czuję się w świecie złożonym z miliona zadań do wykonania.
Nuda jest moim zabójstwem.





Przyszedł jednak taki czas, że pomimo mojej cudownej rodziny chciałam mieć chwilkę tylko dla siebie. Tylko ten swój czas, że jestem sama i nikt mi nie przeszkadza. No ale nie myślałam, że np pójde posiedzieć na ławkę do parku.......... żeby odetchnąć......

Najpierw nording walking, potem bieganie, a czemu nie? To był własnie ten czas tylko dla mnie.
Zaczęło się planem schudnięcia, potem zdrowia, teraz pasji i radości. Żeby trwać w swoim postanowieniu powtarzałam sobie, że muszę wstać z fotela dla siebie, muszę wytrwać ciężkie początki bo potem będzie łatwiej. Ciągle sobie gadałam co mają powiedzieć ludzie którzy nie mają moich wyborów bo do końca życia nie mogą uprawiać sportów? Ja mogłam i skorzystałam. Chciałam zrobić coś tylko i wyłacznie dla siebie.
Trzeba podejśc do swojej zakurzonej motywacji jak ja - polecam - należy przyjąć, że to jest własny indywidulany prezent dla ciała. Nie polecam patrzeć i porównywac się do innych. Ja jestem amatorem biegania, jeżdżenia na rowerze i pływania, jestem pseudobiegaczką i rozpiera mnie duma. Nie będę gonić za życiówkami, nie wystartuje w maratonie czy olimpiadzie, nie porzucę rytmu dnia aby całkowcie się zatracić . To są takie chwile co drugi dzień, które sprawiają że jestem taka jaka chce być - zdrowa i wesoła. Bieganie mi w tym bardzo pomaga.


niedziela, 3 sierpnia 2014

Moda a bieganie

.......Niby nic wspólnego....a jednak
Kobietom tego tłumaczyć nie trzeba, każda robi wszystko aby mieć coś nowego, innego, lepszego, cudownego, w czym czuje się piękna i szczęsliwa. Jest to raczej normalne. Nie rozumiem czasami jak mąż do mnie mówi : po co ci tyle sukienek ? Jak to po co ? Na każde wesele, urodziny, komunie - musi być nowa. Przecież nie wystąpie na każdej imprezie w tym samym ! Wrrrrr...... Szczerze mówiąc czekam na okazję żeby sobie kupić jakiś wystrzał :- )
  
 
 

  


Ale wróćmy do biegania. Zaczęłam w lutym br swoją przygodę. Pamietam jak wystartowałam - dresy z Lidla z meszkiem w środku, bluzka z kr rękawem, bluza dresowa i kurtka narciarska..... no co ? Było cholernie zimno aż - 3 stopnie !!!!  Po 300m biegu strumieniem górskim leciał mi pot po d..ie. Myślałam że wybuchnę jak pocisk wodny. Głowa mi się prawie gotowała - to było straszne. Jakby ktoś za karę położył na mnie przyczepę piachu i kazał biec. Ale byłam dzielna i twarda - bo w życiu się nie poddam.
Na szczęście czas i kilka poradników nauczyło mnie, że uprawiając sport po chwili ma się temperaturę zbliżoną do jądra wulkanu i człowiek marzy aby się rozebrać prawie do naga. Zauważyłam również że akurat biegaczki to osoby bardzo kolorowe i poprzez kontrastującą odzież bardzo się wyróżniające. Oczywiście nie długo mi było się zastanawiać.......... w sumie to tylko czekałam na taki bodziec.
To było cudowne uczucie zerknąć na chwileczkę na strony z odzieżą dla biegaczy. Strony popularnych marek mają już podzielone działy według dyscyplin. Prawie omdlałam. Oczywiście musiałam sie zaopatrzyć, tak jakby nagle stwierdziłam że moja szafa jest szara i nudna ( chodzi tu głównie o odzież sportową ). Nie mam pojęcia jak to się stało.....ale teraz to już chyba mam więcej legginsów i koszulek do biegania, niż swoich ukochanych sukienek. Bądź jest to skala na równi - ale głowy uciąc nie dam.
 Najfajniejsze jest to że ludzie tak miło reagują na " kolorowego biegacza " :) Większość z tej odzieży zawiera elementy odblaskowe aby wieczorem bądż w nocy było się widocznym dla pojazdów. Nie mniej jednak wygoda odzieży technicznej jest niewyobrażalna i nieporównywalna do żadnej innej.
Zaczęło się skromnie.... bokserki..... spodenki....staniki....spódniczki...legginsy.... to chyba nie ma końca.
Ważne żeby było kolorowo i wesoło, właśnie tyle ile endorfin ma się po każdym bieganiu - nie ważne, że nogi bolą - bo te nogi są tak pięknie odziane. Także kobietki - kolorowe spodnie i... do biegu !!!