poniedziałek, 15 września 2014

Prawo do biegania

Zebrało mi się na lekkie wywody, chyba trochę pomarudzę na temat który podczas dzisiejszego, wieczornego kółka nie dawał mi spokoju. Biorąc pod uwagę, że każdy z nas zaczynał uprawiać kiedyś jakikolwiek sport - po pewnym czasie stajemy się mistrzami dyscypliny.
Sama nie jednokrotnie spotkałam się z tym problemem u innych, a dziś i u siebie. Dosłownie mijając biegaczy zastanawiałam się co robią nie tak - jeden biega krzywo, inny szybko, jeszcze inny sapie, ktoś tam, coś tam, gdzieś tam .....aaaaaaaaaaaa...........szok !!! Ciągle mi w głowie dudniło !!!
Po jaką cholerę szukam wad u innych jeśli sama jestem zasmarkanym amatorem ? Nie oszukujmy się - do maratonu mi daleko, w chwili obecnej jestem na pułapie dziesiątki... hmmm..to i tak nieźle. Ale za mało aby krytykować innych. Przecież ja również w lutym br zaczynałam, sapałam, syczałam, przeklinałam ile wlezie. Ciągle się wkurzałam, że jest minus 10 a ja robię dziesięć kroków biegnąc i muszę iść bo ledwo ciągnę. Ale po tygodniu tych kroków było już 12 i nastawienie zaczęło się zmieniać na bardziej pozytywne. Chociaż momenty do powrotu frotowych skarpet jeszcze były nie raz. Dlatego jestem w szoku , że taki chochlik siedzi we mnie i doszukuje się błędów innych gdzie sama nie jestem ideałem.
Bo kto ma prawo do biegania jeśli ideałów nie ma ? Nikt ! To jedyny sport nie wymagający jakiś przygotowań, skomplikowanych ćwiczeń czy nauk ścisłych. Można z marszu ruszyć. Oczywiście jestem książkowym przykładem popełnienia wszystkich błędów początkowych biegaczy, popełniam je do tej pory - ale bez przesady, robimy to tylko dla siebie. Przecież wyjść z domu może każdy, skorzystać za darmo ze zdrowia, być wolnym i szczęśliwym. To jest na prawdę proste, nie ma znaczenia wiek, waga, kolor skóry. Możemy tylko poprawić sobie nastrój, zdrowie, figurę i podejście do życia.
Dziś widziałam dziewczynę, która ma duży problem z nadwagą i zaczęła biegać, a obok towarzyszył jej synek. Fajne było widzieć osobę, która ściągnęła frotowe skarpety i wyszła zrobić coś ze swoim życiem. Byłam dla niej pełna podziwu bo zdawałam sobie sprawę ile to dla niej znaczy i jak ze sobą walczy. Myślę, że najpierw skupię się na sobie, a potem na innych ....jeśli starczy mi czasu -  w co wątpię. Prawo do biegania ma każdy , każdy, każdy ...

poniedziałek, 8 września 2014

Przetrenowanie ...... histeria

Stało się to co słyszłam tylko  z opowieści, bądź z lektury na portalach!!!  NIIIEEE!!! To nie mogło mnie dotknąć...... to nie może być prawda ......... to niesprawiedliwe!!! BUUU czemu!
Najpierw myślałam, że to krótkotrwałe lenistwo, brak chwilowej formy, ale że to PRZETRENOWANIE ??? Nigdy!!!!
Możecie mi uwierzyć tylko na słowo, ale to o wiele gorsze niż lenistwo!!! Naprawdę!!! Aż płakać się chce! Ciągły foch, wahania nastroju, złość jeszcze bardziej skumulowane niż przy PMS… A gdzie są te endorfiny??? Chyba przy bieganiu wraz z formą, która powinna z treningu na trening rosnąć, zgubiłam je!!! Wszystkie!!! Wniosek,  to może im częściej będę biegać to je znajdę???
Myśli kłębią się w głowie, jakiś pomysł jest, ale czy skuteczny? Okaże się!








 
Postanowienie -  Będę częściej  biegać to forma wróci, i endorfiny i radość też…


Biegam jak szalona codziennie rozglądając się… A Tu DUPA! Wraz z częstszym bieganiem jest zupełnie inaczej: 
Po pierwsze -  spadek formy - najpierw w zrzucam winę na endomondo, bo źle liczy kilometry i czas, bo ktoś lub coś musi być winne przecież nie JA!
Po drugie – zmęczenie – to z pewnością przez pracę (kolejna myśl…)
Po trzecie – huśtawka nastroju – czemu wszyscy się mnie pytają czy mam okres??? Co już do k-… wy nędzy nie mogę  choć raz nie mieć humoru??? O Boże!!!
Po czwarte – ból po treningu – asfalt za twardy???  W lesie nierówno??? Buty chyba!,  ktoś zrobił mi psikusa i zamiast zwykłej wkładki wymienił na ołowianą???
W końcu,  dobra muszę powiedzieć mojej pseudoreszcie, że chyba coś nie tak??? Może coś doradzą??? Przytulą,  zarażą humorem??? Podzielą się endorfinami??? Ale tego się po nich nie spodziewałam, obdarzyły mnie owszem, ale diagnozą!!! Aga weź wyluzuj! Przecież jesteś PRZETRENOWANA!!! Co???... Ja??? … NIE!!! … To chyba sen!
Wyrok! Wpadłam w histerię! Dajcie mi torbę tekturową będę wentylować! Skup się oddychaj głęboko! Panika! Pot na czole, „gęsia skóra” na grzbiecie, (przecież zawody za 2 tygodnie, 10 km mnie czeka)!  Jak to się leczy? Szybko recepta! W końcu jestem farmaceutką muszę ją zrealizować!
Teraz już wiem i nie powstrzymujcie mnie, bo muszę się też tym z Wami podzielić! I teraz na poważnie! Czy jesteśmy profesjonalistami czy amatorami ,jak my, dopaść to może każdego! Forma nie rośnie od ilości treningów, ale od mądrego trenowania! Bo tak jak jedna z Pseudo mówi „biega się głową”! Czyli po wysiłku odpoczynek, regeneracja, odpowiednia dieta i sen! Przetrenowanie zwiększa to co czego boi się każdy biegacz czyli KONTUZJI! Do tego pogarsza okropnie samopoczucie, sen, zwiększa ryzyko przeziębiania się, zmniejsza temperament seksualny, a co gorsz powodować może depresje!
Wniosek prosty biorę na wstrzymanie i luzuję! Mam kolejny powód do kupienia, na poprawę humoru, nowe pantofelki do biegania! Bo to co nam kobietom sprawia radość, to ZAKUPY!
 I przyjdzie czas żeby ten zakup przetestować!!! Adidasy Energy Boost! Różowiutkie!!!

Tekst : Aga J

poniedziałek, 1 września 2014

Wisła czy Zamek ?

Od dawna czekałyśmy, czekałyśmy i się doczekałyśmy. Ostatni dzień sierpnia br to start w Tczewie na Pomorskim Święcie Wisły i dystans 10km jako Pierwszy Bieg Wisły w tym mieście. Tak sobie to zaplanowałyśmy, opłaciłyśmy start i ......... trzeba było dojechać, a jeszcze potem wystartować. Tylko miałyśmy ogromny problem - nie do okiełznania. Mianowicie - śmierdzący leń i okalająca go niechęć. Jakoś żadna z nas Ag nie chciała sobie nawzajem powiedzieć, że ten bieg mamy gdzieś i nie chce nam się w ogóle brać w nim udziału.
Głupio było się poddać ze względu na kamienne charaktery. Jeszcze ten straszny czas tak szybko leciał, a my twardo obydwie obstawałyśmy przy jednym -startujemy.
Jak już wstałam o 7ej i połknęłam kawę żeby organizm zrozumiał, że nie można być dupą i się poddawać to zaczęłam pakowanie - skarpety, kompresy, czapeczka, słuchawki....... cała torba. Ten temat jest zbyt długi aby go opisywać, moja torba biegowa ma w sobie wszystko co powinna mieć każda kobieta oczywiście bo jakże by inaczej :) Także jakby komuś się zepsuło koło w rowerze, a będzie na zawodach i zobaczy moją osobę to wołajcie - coś tam zawsze znajdę.
Ubrana biegowo zeszłam i wsiadłam do złotej karocy Agi, która jak zwykle miała szczery uśmiech. Tylko, że w tym uśmiechu był mały sopel zdrętwienia który mówił - po jaką cholerę tam jedziemy ? Obydwie wiernie udawałyśmy, że szczelimy sobie dyszkę i wrócimy.
Jakoś tak w super atmosferze za Chojnicami główny kierowca - Aga walnęła od tak, że w Malborku też jest bieg. Zadziałało to niczym wybuch wulkanu na lodowate serca. Wykrzyknęłam : Taaak ???????
Dalej było już bardzo szybko : telefon, maratonypolskie.pl, lista startowa, czas startu, opłata. Po telefonie do organizatora okazało się że limit obejmuje 50 osób które zapiszą się na miejscu bo 300 miejsc już jest zapełnione. No to depnęłyśmy w gaz i szaleńczą prędkością podążyłyśmy do Malborka - w końcu musiałyśmy szybko decydować bo w czasie 8 km miałyśmy zjazd do Tczewa.


Biorąc pod uwagę naszą reakcję niczym torpeda - Tczew pozostał bez nas w swoim święcie Wisły.
Nie mogłyśmy się za żadną cenę dodzwonić do osoby , która przyjmowała zgłoszenia do biegu. Miałyśmy dość duże ryzyko, że jadąc taki kawał nie załapiemy się na bieg. Obydwie szalone i kochające takie przygody postawiłyśmy wszystko na jedną kartę.
Jest ! Malbork! Moja cudowna nawigacja, która ponoć pokazuje budynki ( widziałam tylko na niej Pałac Kultury i Nauki bo chyba reszta nie zasługuje na jej zaszczyt ) zaprowadziła nas pod stadion OSiR na kamienny parking. Zapis na bieg wyglądał mniej więcej tak : zaparkowanie, bieg sprintem z torbami do biura zawodów, szaleńcze wyrwanie karty zgłoszeń, odebranie dwóch ostatnich numerów startowych !!!! Można by rzec , że trafiło się nam jak ślepej kurze ziarno. Gdybyśmy były 10 minut potem - mogłybyśmy iść zwiedzać zamek.
Miałam przypięty przed ostatni numer startowy  - podejmowanie ryzyka się opłaca.
Na stadionie była fajna impreza z okazji Święta Lotnictwa Polskiego, drużyny Lotnictwa z Francji, dzieci, różne serie odległości biegów - wszyscy uczestniczyli.
Bieg rozpoczął się punktualnie o 13ej pięknym wystrzałem z pistoletu wojskowego, którego nie słyszałam :( A może to był wodny lub na kulki ? hmmmm..........Może Aga pamięta. Poleciałam z tłumem w wielkiej nadzieji że przy tej ciężkiej burzowej pogodzie będą dwa punkty odżywcze i poleje się cała wodą.
























Trasa opiewała teren leśny a potem dwa mosty, przepiękna panorama zamku i całego
miasta. Nawet nie zwracałam uwagę , że odwadniam się niczym na Saharze, a wody ani widu ani słychu. Po pewnym czasie jak już opadły mi powieki od zachwytu i poczułam zmęczenie zatęskniłam za odrobiną wody.  Co kilometr sprawdzałam gdzie jest, pytałam żołnierzy, darłam się żeby ktoś mi chlusnął w twarz - zaczęłam zmieniać zdanie co do Splash, już chciałam być nominowana z wykonalnością natychmiastową.




















Jakaś dziewczyna zaoferowała mi swoją wodę krzycząc - weź nie jestem chora !!!! Nie zastanawiając się wyrwałam jej małą butelkę i zgasiłam pragnienie. Pogoda była okropna - zaduch i wilgoć przed idąca burzą. Co chwilę z biegu karetka zabierała osobę, która chciała bić życiówkę w takiej aurze. Nie dało się depnąć i dać z siebie wszystkiego. Biegłam wolno. Miałam gdzieś czy będę ostatnia, oby zmieścić się w limicie i dobiec do mety. Uczestnictwo ma mi sprawiać frajdę, wolę skończyć przebiegając metę sama niż na noszach.
Wiedząc, że wody nie będzie dotrwałam na metę widząc uśmiech Agi równie wyczerpanej jak ja. Otrzymałam przepiękny medal lotnictwa i .......spojrzałam obok na dwie ofiary biegu leżące pod folią, które były ratowane przez lekarzy i sanitariuszy.
Od razu dopadłyśmy butelki z wodą rezygnując z posiłku regeneracyjnego zapewnionego po biegu i udałyśmy się na zamek - miałyśmy medale, uśmiechy na twarzy i burzę przed sobą. Musiałyśmy się sprężyć. Najpierw oczywiście obiad, potem nagroda w postaci ciastka przypominającego cały tort urodzinowy mojego syna o ilości kremu nie wspomnę i zwiedzanie. Obleciałyśmy mury dookoła tempem jakiejś szalonej gonitwy , tym razem z kawami i ciachami w dłoniach , w drodze na parking zaczęło padać. Malbork miał nas dość. Uciekłyśmy do domu.

Przygoda świetna, dzień super, podejmowanie decyzji przez dwie kobiety błyskawiczne, silne tyłki przy leniwych ciałach, odporność na brak wody przy biegu 10 km, przeżycie ataku cukrzycowego na pochłonięcie małej babeczki, pokonanie 150 km dla pięknego medalu z odrzutowcem - TAK TO MY !