niedziela, 26 października 2014

15 Poznań Maraton oczyma Kasi

Maraton, królewski dystans, 42 km biegania - 2 lata temu nieosiągalne, dzisiaj planuje następne. 
Jednak od początku - plan powstał w maju tego roku, wyliczony czas na treningi i padło na 15 Poznań Maraton, 12 października. Opracowałam plan treningowy wg moich umiejętności i wiedzy z internetu.
Przygoda ta rozpoczęła się na wariata odebraniem pakietu startowego na godzinę przed zamknięciem biura zawodów, gdyż troszkę za późno wyjechaliśmy ze Szczecina. Miło mnie zaskoczył plecaczek, zgrabny i pojemny ale niemiło brak koszulki w moim rozmiarze, co mnie troszkę zasmuciło jednak obiecali przysłać i przysłali tydzień później, co tyko pokazało, że organizacja tego maratonu była na najwyższym poziomie. Hotel, spokojnie przespana nocka bez myśli jak to będzie, pobudka o 6 rano i o 8 mieli mnie spod hotelu odebrać znajomi ale... no i znów na wariata, pojawili się o 8.20, troszkę szukaliśmy miejsca parkingowego, potem biegiem w ramach rozgrzewki do depozytu, gdzie byliśmy o 8.50 i biegiem na start czyli rozgrzewki ciąg dalszy :) Stojąc w towarzystwie niemalże 7000 biegowych wariatów zdałam sobie sprawę, że to się dzieje naprawdę, że za parę chwil rozpocznę biegową przygodę życia, że już niedługo przekonam się czy wymyślony przeze mnie plan treningowy i dwa 30 km wybiegania wystarczą by pokonać królewski dystans. Plan był taki - przebiec o własnych siłach i biegiem wpaść na metę ale na ręce opaska na 4 godziny i 30 minut, chyba bardziej asekuracyjnie niż na poważnie. Czułam się dobrze.Chciałam mieć "cel" inny niż przebiec, że tak będzie łatwiej. 10, 9, 8... odliczanie, mam gule w gardle, czuje dreszcze i wzruszenie, "START" ...i 5 minut później przebiegam linie startu, włączam Garmina i śmieje się z koleżanką, że damy rade, że będzie ok. Staram się wśród biegaczy wypatrzyć znajome twarze ale początkowo nikogo nie widzę. 5 km zleciało nie wiadomo kiedy w tym przebiegniecie przez INEA Stadion - uśmiech na twarzy nic więcej bo na mnie stadiony piłkarskie nie robią wrażenia....
No i lecimy dalej. Do 17 km biegnę razem z Zofia ale zaczynamy się rozdzielać, czuje, że wolniej biec nie mogę. Po 20 km - myśl - połowa za mną a ja nawet nie jestem zmęczona i zdaje sobie sprawę, że mam ok 2 minut zapasu w stosunku do opaski z czasami co mnie cieszyło i martwiło, że jednak może biegnę za szybko. 
Kolejne 15 km podziwiałam Poznań, blokowiska i domki, wypatrywałam znajomych twarzy - rozpoznaję Gosie z Running is my happiness, Mateusza Jasińskiego od Bieganie stylem życia, dziewczyny ze Świnoujscia i kilka innych osób. Mijając znacznik 35 km czułam, że to chyba jest możliwe, że chyba uda mi się przebiec maraton. Od 36 km zaczęłam się troszkę martwić, że jednak mogę mieć problem bo zaczęła mnie boleć lewa pachwina.... ból niewielki ale odczuwalny no i wlazło coś miedzy łopatki, jakiś głupi nerwoból.
Starałam się, myśleć o czymś innym i jakoś udało mi się oszukać głowę, już nie biegłam nogami, które nie czuły przebiegniętych km, tylko głową, myślami bujałam w obłokach co jakiś czas kontrolując upływ czasu, aż do 40 km kiedy zdałam sobie sprawę, że tylko 2 km i parę metrów dzieli mnie od mety. Dostałam skrzydeł, doping kibiców sprawił, ze ostatnie 2 km były tymi najlepszymi jakie pamiętam - endorfiny, uśmiech na twarzy i ta gula w gardle, to wzruszenie (bo ja generalnie strasznie się wzruszam podczas biegania), że jednak tak, ze dam rade. No i meta, zegar pokazywał coś w granicach 4 godzin i 28 minut, kiedy do mety zostało za 200 metrów (?), nagle 6 bieg, sprint na maksa i myśl 4.30 zmieszczę się ...
Minęłam metę zasapana ale niesamowicie szczęśliwa. Dostałam kwiatka, dostałam folie superbohatera i przepiękny, upragniony medal. Łzy popłynęły, wzruszenie niesamowite, ucałowałam kawał medalu. Potem przyszedł sms Gratulujemy ukończenia 15. Poznan Maraton. Twój czas brutto 04:29:30, netto:04:24:38, miejsce: 454-OPEN, 192-K30 - jeszcze większa radość, że udało się wykręcić całkiem dobry czas. Zwieńczenie 2 lat biegania - a miałam tylko zgubić kilogramy po ciąży, pobiegać rekreacyjnie 3 x w tygodniu. 
Gdy pierwsze emocje opadły zaczęło się kombinowanie co teraz - jedzenie, picie, prysznic, masaż, Skończyło się na prysznicu, jedzeniu i telefonie do rodziny ( tu znów po słowach, "mamo udało się, przebiegłam" z oczu popłynęły łzy.
Ostatnim rzutem załapałam się na masaż pleców, który skutecznie uwolnił mnie od meczącego nerwobólu. Powrót do domu, tam znów łzy wzruszenia, plan - w nocy się wyśpię, ale to tak nie działo, pół nocy analizowałam cały bieg ;) Od maratonu minęły 2 tygodnie, w głowie mam start w kilku następnych maratonach w 2015 roku, bo dlaczego nie. Z perspektywy czasu wiem, że wylany pot, że opracowane przeze mnie treningi naprawdę coś dały, że mimo iż nie jestem z bieganiem związana "zawodowo", że nie ukończyłam żadnych studiów, które pomogłyby mi zrozumieć te wszystkie interwały, podbiegi, itp to moje zainteresowanie sportem, ćwiczeniami, aktywny i zdrowy tryb życia i wielki upór wystarczą, by osiągnąć to co kiedyś było tylko odległym marzeniem.
Gdy pierwsze emocje opadły zaczęło się kombinowanie co teraz - jedzenie, picie, prysznic, masaż, Skończyło się na prysznicu, jedzeniu i telefonie do rodziny ( tu znów po słowach, "mamo udało się, przebiegłam" z oczu popłynęły łzy. Ostatnim rzutem załapałam się na masaż pleców, który skutecznie uwolnił mnie od meczącego nerwobólu. Powrót do domu, tam znów łzy wzruszenia, plan - w nocy się wyśpię, ale to tak nie działo, pół nocy analizowałam cały bieg ;) Od maratonu minęły 2 tygodnie, w głowie mam start w kilku następnych maratonach w 2015 roku, bo dlaczego nie. Z perspektywy czasu wiem, że wylany pot, że opracowane przeze mnie treningi naprawdę coś dały, że mimo iż nie jestem z bieganiem związana "zawodowo", że nie ukończyłam żadnych studiów, które pomogłyby mi zrozumieć te wszystkie interwały, podbiegi, itp to moje zainteresowanie sportem, ćwiczeniami, aktywny i zdrowy tryb życia i wielki upór wystarczą, by osiągnąć to co kiedyś było tylko odległym marzeniem.
Gdy pierwsze emocje opadły zaczęło się kombinowanie co teraz - jedzenie, picie, prysznic, masaż, Skończyło się na prysznicu, jedzeniu i telefonie do rodziny ( tu znów po słowach, "mamo udało się, przebiegłam" z oczu popłynęły łzy.
Ostatnim rzutem załapałam się na masaż pleców, który skutecznie uwolnił mnie od meczącego nerwobólu. Powrót do domu, tam znów łzy wzruszenia, plan - w nocy się wyśpię, ale to tak nie działo, pół nocy analizowałam cały bieg ;) Od maratonu minęły 2 tygodnie, w głowie mam start w kilku następnych maratonach w 2015 roku, bo dlaczego nie. Z perspektywy czasu wiem, że wylany pot, że opracowane przeze mnie treningi naprawdę coś dały, że mimo iż nie jestem z bieganiem związana "zawodowo", że nie ukończyłam żadnych studiów, które pomogłyby mi zrozumieć te wszystkie interwały, podbiegi, itp to moje zainteresowanie sportem, ćwiczeniami, aktywny i zdrowy tryb życia i wielki upór wystarczą, by osiągnąć to co kiedyś było tylko odległym marzeniem.
Gdy pierwsze emocje opadły zaczęło się kombinowanie co teraz - jedzenie, picie, prysznic, masaż, Skończyło się na prysznicu, jedzeniu i telefonie do rodziny ( tu znów po słowach, "mamo udało się, przebiegłam" z oczu popłynęły łzy. Ostatnim rzutem załapałam się na masaż pleców, który skutecznie uwolnił mnie od meczącego nerwobólu. Powrót do domu, tam znów łzy wzruszenia, plan - w nocy się wyśpię, ale to tak nie działo, pół nocy analizowałam cały bieg ;) Od maratonu minęły 2 tygodnie, w głowie mam start w kilku następnych maratonach w 2015 roku, bo dlaczego nie. Z perspektywy czasu wiem, że wylany pot, że opracowane przeze mnie treningi naprawdę coś dały, że mimo iż nie jestem z bieganiem związana "zawodowo", że nie ukończyłam żadnych studiów, które pomogłyby mi zrozumieć te wszystkie interwały, podbiegi, itp to moje zainteresowanie sportem, ćwiczeniami, aktywny i zdrowy tryb życia i wielki upór wystarczą, by osiągnąć to co kiedyś było tylko odległym marzeniem.


Jako totalny amator po raz pierwszy startujący na królewskim dystansie wiem że:
1. Jedzenie i picie na każdym punkcie żywieniowym ma sens, organizm mi za to podziękował, bo energii nie zabrakło mi na żadnym kilometrze
2. Nerwy robią swoje i dobrze, że na trasie były "tojtoje"
3. Warto przykładać się do treningów
4. Nie taki diabeł straszny jak go malują ;)5.Wszystko się uda, jeżeli tylko w to UWIERZYSZ !

 Tekst : Katarzyna Rostrygin
















piątek, 24 października 2014

Co za dużo to zdrowo ! Koniec i kropka !

Ten post dedykuję Trash.
Tydzień temu miałam wielką przyjemność rozmowy telefonicznej z Trash - projektantką moich ukochanych legginsów do biegania.
Podczas poruszania wielu tematów nasunęło się nam obopólne stwierdzenie, że w Polsce kobiety z większym przydziałem są dyskryminowane. Chyba po części tyczy się to również mojej osoby. Obserwując życie za granicą , w krajach takich jak np Wielka Brytania, Francja czy Stany Zjednoczone, gdzie populacja ludzi tworzy ogromną zbiorowość narodowości, problem ten nie występuje. Ludzie tam nie zwracają tak silnej uwagi na wygląd. Każdy żyje swoim życiem i własnymi problemami.


W Polsce otyłość olbrzymia raczej nie występuje i nie jest wszechobecna na ulicach. Stąd też chyba osoby, które mają więcej ciała i pragną coś osiągnąć a nie zamknąć się w czterech ścianach - są obgadywane i wyśmiewane. Nie wiem jak to naprawić, ale nienawidzę plotkarzy i bajarzy. Nie wyobrażam sobie abym miała nabijać się z kogoś kto ma problem trudny do rozwiązania.
Znam to osobiście bardzo dokładnie - przeżyłam dwa ataki zwiększenia masy o ciąże za każdym razem 20kg. Potem miałam problem ze zgubieniem balastu bo mój organizm zatrzymuje wodę. Pomimo biegania, ćwiczenia i spacerowania - nie jest to nadal takie proste jak się wydaje. Latami miałam ogromny kompleks na tym punkcie. Dopiero sport nauczył mnie myślenia, że ciało to tylko plastelina do rzeźbienia.
Najważniejsze jest zdrowie, to że mogę biegać, jeść rękoma, uśmiechać się buzią i słuchać uszami. Mam zdrowie i żyję, mam rodzinę, przyjaciół i pracę, cieszę się życiem. Czego więcej chcieć ? Trenuję i mam ciągle miliony endorfin więc wygląd zewnętrzny sam się kształtuje . A te nadprogramowe kilogramy ? Może z jednej strony dobrze że je mam........bo gdybym ich miała za mało to byłoby jeszcze gorzej. Mam wiele doświadczeń koleżanek naokoło, które podczas gwałtownych diet traciły odporność, zdrowie, włosy, miały problemy z koncentracją i utrzymaniem równowagi. Nie jestem pewna czy warto, aż tak się poświęcać.
Jestem wrogiem maniakalnego obżerania się , wchłaniania fast - foodów i zalewania się gazowanymi napojami. Jestem wrogiem wszystkiego co nas niszczy.
Ale nie podchodzę do tego fanatycznie. Jeśli mam ochotę na słodycze - przyklejam się do czekolady i potem zapominam o niej na dłużysz czas. Jak panuje jelitówka - kupuję colę. Jak jestem głodna w trakcie załatwiania spraw - kupuję wrap z Mc...  i jadę dalej. Należy korzystać z życia  głową. Dać czas organizmowi na wywalenie konserwantów.
Dlatego pamiętajmy, że akceptujmy ludzi tym co mają w środku, tym jakimi są, wygląd często nie świadczy o tym kim dana osoba jest na prawdę.
Warto pomagać tym, którzy tego potrzebują, a nie robić z nich tematy podczas plotkowania z kumpelką.
Dziękuję Trash

poniedziałek, 20 października 2014

Pseudo czy nie pseudo ?

Chciałam trochę naświetlić Wam znaczenie nazwy pseudobiegaczek. Wiele osób zwraca uwagę na to, iż biegając i biorąc udział w zawodach powinnyśmy zmienić nazwę jeśli chcemy tworzyć drużynę. Nic chyba bardziej mylnego.



Samo określenie pseudobiegaczek wzięło się przy naszych koślawych początkach, trudnych marszo-biegach i ognistych polikach po przebiegnięciu 100m. W tym właśnie czasie pewien biegacz, który ma dość duże doświadczenie - chciał nam dopiec i wymyślił ową nazwę. Twierdził na forum biegowym, że nie jesteśmy warte żadnej siły fizycznej, a to co robimy określał jako kabaret. Nasza wiedza na temat biegania opierała się głównie na książkach i gazetach -  do których zresztą zaglądamy po dziś dzień.
Ale było to dawno...... jednakże podsunął nam wspaniały pomysł.
Bo jak nazwać ludzi, którzy dopiero zaczynają ?Jak ich wyrwać z domu gdzie ich myślenie skupia się na tym, aby nie zostali wyśmiani ? Wiele osób ( tak jak i ja ) chciało polepszyć swój wizerunek, wartość emocjonalną, zdobyć przyjaciół bądź po prostu zmienić swoje życie. Ludzie ci mają masę problemów, często takich o których wiedzą tyko oni sami. Chciałam aby pseudobiegaczki opierały się na zebraniu tych osób, które widzą wartość człowieka nie poprzez jego osiągnięcia czasowe, a ilościowe. Potrafię wyjść z domu, przebiec 5 km potem posiedzieć pół godziny na trawie i wrócić do domu - czas mam świetny bo czasami pokazuje, że pokonałam dystans w 2-3h. Czyli ślimak winniczek :)
Bawi mnie poprawa czasu na 10km  ale nie jestem uradowana po niebiosa. Ciesze się z tego tylko dlatego bo wiem, że moje ciało potrafi szybciej biec i ma większą wydolność. Do tej pory bawi mnie sytuacja gdy na zawodach ludzie wyrywają do przodu niczym gazele, ich prędkość przypomina pęd łodzi podwodnej. Nie jestem w stanie ich dogonić, ani biec ich tempem, po prostu moje ciało nie da rady. Ale w sumie po co miałabym tak się zażynać? Jednakże szanuję wyczynowych sportowców, dla których wysokie pozycje i osiągnięcia startowe mają życiowe znaczenia . Największą zabawą jest swobodne pokonywanie kilometrów poznając masę ludzi na trasie, dziewczyny które mają urodziny, bądź którym w rodzinie urodził się w tym dniu maluszek ( Sopot ), osoby ratujące życie podając wodę w momencie gdzie organizator zapomniał ( Malbork ), starych latami nie widzianych przyjaciół ( Wałcz) ...... można wymieniać ciągle. Dla takich sytuacji warto brać udział i nie pędzić bo wtedy stajemy się niewolnikami stopera.
Pseudobiegaczki to wszyscy, którzy zaczęli, kontynuują i dążą do malutkiego sukcesu jakim jest dowartościowanie ludzika, którego każdy z nas ma w sobie. Sama kiedyś trenowałam siatkówkę, latami, robiłam to bo kochałam ten sport, ale była to głównie rywalizacja. Teraz uprawiam bieganie tylko dla siebie, dla własnego zdrowia, radości i tych milionów, trylionów endorfin.
Także drogie Panie i Panowie - nie należy patrzeć na osoby, które widzą u nas same wady, które wytykają każdy błąd, które są samotne i nie potrafią przeżyć że mamy przyjaciół. Nie patrzmy na wygląd i sylwetkę. Ważne jest, że chcemy, potrafimy i możemy !!! Największym sukcesem jest pokonanie lenia, za to każdy z nas powinien sobie kupić puchar !!! Zaczęłyśmy pseudobiegaczki jako dwie amatorki, ale wierzymy że naszą ideę nosi w sobie wiele osób.


środa, 15 października 2014

Sopot 10k Verve i molo w barwach Meksyku

Najfajniejsze z uczuć to doczekać się czegoś - co było planowane aż 3 miesiące wcześniej. To tak jakby dostało się nareszcie ogromny prezent od Gwiazdora, zapakowany mega kokardą. Takim spełnionym marzeniem był bieg w Sopocie.





Zaplanowałyśmy każdy szczegół, opracowałyśmy plan który jak zawsze z takim wyprzedzeniem się nie spełnił. Dzień przed wyjazdem chciałam zapakować całą szafę do małej torby. Nagle zapragnęłam torebki Hermiony z Harrego Pottera. Szczerze - mogłabym mieć ją na co dzień ale wtedy akurat potrzebna była na gwałt. Jak już przeżyłam teleturniej co ubiorę a co nie, okazało się że biegowe rzeczy leżą nadal nie spakowane. To trwało w nieskończoność......jakoś wieczorem doszłam do ładu i składu. Zostałam z torbą dużą, torbą małą, płaszczem i torbą aparatu. Ogólnie jakbym jechała gdzieś na 3 tygodnie. Ale my kobiety znamy ten rytuał, potem okazało się że dziewczyny miały lepsze przeboje więc nie byłam najgorsza. Skład podróży nieco się powiększył bo uraczyła nas swoją obecnością Asia - siostra Agi. Babski wypad uważałyśmy za rozpoczęty.

Warto także zaznaczyć, iż wcześniejsze założenia opiewały na podróż do Sopotu najlepiej najstarszym i najmniejszym z aut i jeszcze jakbyśmy były pościskane jak sardynki z bagażami na kolanach. Wyobrażałam sobie upchane postacie i nogi wystające na zewnątrz - tak zwana przygoda życia i ogólny fun. Te założenia przekreślił nam LOVE Agi, który ofiarował swoje auto z pełnym wypasem i bakiem paliwa. Biorąc pod uwagę wygodę - do śmierci będziemy mu wdzięczne że wyprzedził nasze wcześniejsze plany podróży.
Jechałyśmy 3 godziny, a potem stałyśmy koło Gdańska godzinę w korku, który będę wspominać do końca życia. Nie dlatego, że ogólnie była to wielka gąsienica aut tylko, że akurat właśnie wtedy wszystkim w aucie chciało się nagle załatwić potrzebę nie cierpiącą zwłoki. Nie można było rozmawiać o wodzie, wodospadach, łazienkach i wszystkim co wiązało się upragnionym końcem tej potrzeby. Ogólnie należy sobie wyobrazić 5 dziewczyn wbiegające do hotelu, gdzie meldunek trwał może 5 minut bo każda z nich marzyła o toalecie.
Na złość całej ludzkości mój pokój nie chciał się otworzyć cudem techniki - kartą magnetyczną, jakby nie można dać zwykłego klucza ..... wrrrr. Mieszkałyśmy w Aqua Willa Hotel, około 1 km od mola, bardzo ładny i nowocześnie wyposażony budynek. Przede wszystkim czysto, schludnie i z całym kobiecym wyposażeniem. Bo pakując się już o suszarce nie myślałam :)


Po rozpakowaniu znów każda miała milion planów i odwiedzenia najlepiej z prędkością światła wielu miejsc. Jednak głód pogonił nas na deptak molo gdzie zjadłyśmy obiad. Potem już tylko była myśl o Ergo Arenie i pakietach startowych. Powiem szczerze , że zadziwiła mnie liczba startujących osób - 2500 !!!! Biorąc pod uwagę, że to był organizowany pierwszy raz to ilość była dla mnie szokiem. Pakiet - koszulka, opaski na nadgarstki ( kieszonka na klucz itp ) i milion ulotek. Wszystko zapakowane w fajny worek, który od razu przeznaczyłam na buty do biegania :) Nie było odwrotu - dostałyśmy numery startowe.










Po powrocie do hotelu nie chciałyśmy marnować czasu, w końcu byłyśmy w Sopocie - jak można nie być w tym mieście na molo ? Skład nam się trochę wykluczył bo Asia była zmęczona , a Pati źle się czuła więc obydwie zostały w pokojach. My jako trzej muszkieterowie poszłyśmy brzegiem morza aż po samo molo. Wieczorem gdy jest ciemno a wodę rozświetlają hotelowe halogeny można spacerować do samego rana. Jednak ponownie odezwał się u nas głód i nasze zachowania wskazywały że natychmiast trzeba coś zjeść. Aga stanowczo skierowała się do The Mexican Restaurant. A my za nią jak ślepe krowy :) Już od progu było widać że klimat Meksyku aż zagarnia nas do środka. Dodatkowo grała przyjemna kapela utwory typowe dla większości seriali typu Zbuntowany Anioł. Od razu zamówiłyśmy jedzenie i na rozgrzanie emocji truskawkowe Margarity. Wieczór był fenomenalny, po drugiej Margaricie był czas na shot w imię przyjaźni, potem brałyśmy udział w konkursie na  zjedzenie papryczki jalapeno. A na koniec Zorro przebiegł przy zgaszonym świetle przez cała restaurację i przyniósł Adze zamówiony sernik z wbitym na środku palącym się zimnym ogniem. Rewelacja, żuchwa od śmiechu bolała mnie jeszcze na drugi dzień. Po trzeciej Margaricie pojechałyśmy taxi do hotelu.












Poranek zapowiadał się obiecująco, nawet prysznic mnie nie uratował, ale aspiryna i owszem. Byłyśmy znów twardzielki , z tym że trzy z nas miały objawy osłabienia :) Ale przecież nie wolno być miętkim.

Ogólnie miałam nastawienie, że muszę przebiec, przejść, przeczołgać się ......aby przeżyć. Była ogromna ilość biegaczy, trwała rozgrzewka, super atmosfera i impreza zorganizowana na wysokim poziomie. Ja jako amator nie doszukałam się żadnych wad. Razem z biegaczami startowała mistrzyni świata w maratonie Paula Radcliffe - fajna babka. Jej mistrzowski czas starczyłby mi może na 17km biegu, ale biorąc pod uwagę jej wagę równającą się wadze mojej torebki do pracy , nie dziwiło mnie już nic. Widać, że to równa i przesympatyczna biegaczka.






Polecieliśmy....... biegacze w każdym wieku od pełnoletności zaczynając, wózki z dziećmi, zespoły kobiet jak my, wszyscy chcieli zdobyć trasę. Od samego początku nie obstawiałam żadnego czasu, chciałam dobiec, ale jakoś energicznie jednym ruchem zabrałam Adze bidon - gdyż ta twierdziła że nie musi pić. Ja jednak innej przyszłości niż tej z wodą dla siebie nie widziałam. Prowadzenie wyglądało tak że Aga poleciała jak strzała, potem Pati na luzie i ja ..... walczyłam o przetrwanie. W sumie prawie całą trasę tak właśnie biegłyśmy.

Wiatr wiał niemiłosiernie, ogólnie mnie wkurzał ale potem wiedziałam że dzięki niemu było chłodno i przyjemnie. Najpiękniejszy odcinek biegu to ten wzdłuż morza - coś cudownego, zapamiętam to na zawsze, albo i na rok bo przecież znów tam wrócimy.
Meta była usytuowana w Ergo Arenie, na samym środku - świetny pomysł i extra wystrój. Otrzymałyśmy medal i jak się okazało każda z nas poprawiła swój czas na tym dystansie. Biorąc pod uwagę jeszcze nie tak dawno zapalenie piszczeli Pati i nasze meksykańskie rytmy - trzeba stwierdzić że nie poddałyśmy się bez walki.
Spotkałyśmy masę ludzi, niektórzy nawet nas rozpoznali - to bardzo fajne uczucie, że jest wiele osób podzielających nasz pogląd na tą pasję. Byli również nasi idole- musimy się przecież na kimś wzorować, kto ma większe doświadczenie :) Z wygrawerowanymi czasami na odwrocie medali wróciłyśmy na molo. Ten ostatni raz zobaczyłyśmy morze i wróciłyśmy do domu.
Za rok też weźmiemy udział w tym biegu, było bajecznie, wesoło, babsko i troszkę w klimacie Meksyku. Ale na tym polegają przecież babskie wypady - szaleństwo na całego żeby potem wrócić do swojego ułożonego rytmu dnia.