niedziela, 15 lutego 2015

Pierwsza wiosna


Po miesięcznym opatulaniu się w szale i grube czapy w końcu złapałyśmy pierwszą wiosnę. Dzisiejszy dzień był tym wyśnionym i przeznaczonym tylko dla nas. Słońce przenikało razem z poranną mgłą. Miejscami czułyśmy się jak w zaczarowanym świecie. Nie wyobrażam sobie iść spacerkiem w tej scenerii. Biegnąc mogłyśmy zgarnąc więcej promyków i porannego oddechu. Trafiłyśmy na piękny zakątek dwóch jezior , które były przedzielone szerokim pasmem trawy. To było miejsce, w którym zostałyśmy chwilę aby napawać sie widokami. Mamy szczęście, że mieszkamy w terenach otoczonych jeziorami i lasami bo miejsc i ścieżek do biegania o klimacie zaczarowanych tras nam nie zabraknie.












 






















środa, 11 lutego 2015

Grand Prix City Trail Bydgoszcz - pożegnanie

Czas mija nieubłaganie – dopiero co był nasz trzeci bieg z cyklu City Trial, a tu już czwarty,

i zarazem nasz ostatni. Do tego seria znaków na ziemi i niebie podpowiadała, że ten bieg 

może nie należeć do udanych. Aga C. przeziębiona – smarki po kolana, ja walczę 

z kontuzją – tzw. „kolano skoczka”. Do tego wszystkiego, o dziwo, burza z piorunami w noc 

poprzedzającą bieg wraz ze śnieżycą. Całe szczęście, że za Agę zgodziła się biegać 

Beata, bo z gorączką byłoby ciężko…

Pełna obaw i wiary w zabobony dzwonię do Agi: - Czy aby na pewno jedziemy??? - 

Oczywiście! Jakby to było, gdyby nas tam nie było?! – słyszę zdecydowany głos w 

słuchawce.





W niedzielny poranek ok. 7:00 wyglądam przez okno, widzę tylko biel. 

Staram się zlokalizować auto, ale niestety auta brak. Jest gdzieś pod stertą białego puchu. 

Ale nic to, słowo się rzekło. 

Zabrałam się za wykopywanie auta i jadę po dziewczyny.

Droga malownicza, bardziej pod kulig niż pod jazdę autem. Humory dopisują.

Dla Beaty to pierwszy start w zawodach i co za tym idzie mały stresie, który jednak 

podczas rozgrzewki i po poznaniu zaprzyjaźnionych biegaczy mija bezpowrotnie.

Jak zwykle na twarzach uczestników wymalowane szczęście i radość.








Ustawione na linii startu życzymy sobie powodzenia. Ostatnie porady dla Beaty i start! 

Wyprułam do przodu jak pershing. Zaprzyjaźniony biegacz zawołał do mnie z tłumu

„trzymaj się mnie”… Robił mi miejsce do biegania i narzucił niezłe tempo! 

Wszystko byłoby pięknie, lecz oczywiście zawsze musi być jakieś „ale”. 

Staram się biec do przodu, a efekt odwrotny do wkładanego wysiłku – wyglądało to jak

w kreskówce, tylko niestety trochę mniej zabawnie. Wszystko przez udeptany śnieg

i zmniejszoną przyczepność.






Po drugim kilometrze stało się najgorsze – to, czego mogłam się spodziewać i czego bałam 

się od początku biegu. Wstyd się przyznać, ale zaliczyłam glebę poprzedzoną efektownym 

piruetem. Już zaczęłam oglądać niebo w pozycji leżącej gdy poczułam szarpnięcie do góry. 

Dwie miłe twarze, które mnie zebrały i postawiły w pion. Trwało to ułamek sekundy… 

Byłam jeszcze w lekkim szoku, ale zdołałam podziękować, policzyć kończyny i w drogę… 

Dalej za moim „zającem”, który mnie pilnuje i sprawdza, czy jest ok.








I tak pod okiem mojego „biegowego opiekuna” dobiegłam do mety. 

Uradowana i z uśmiechem na twarzy (zresztą jak zawsze). Na mecie czekała Aga ze łzami 

w oczach, że nie mogła uczestniczyć w biegu. Robiła za to przepiękne zdjęcia i filmiki. 

Chwilę po mnie na metę wbiega Beata. Byłam pod wrażeniem – pierwszy jej bieg, 

a tu taki piękny czas… Ona jest chyba urodzona do biegania. Beata następny nasz bieg 

to Maniacka Dziesiątka. 

PAMIĘTAJ!

tekst Aga J.