wtorek, 21 lipca 2015

SCARY MOVIE czyli V Wałecki Bieg Filmowy w naszym wykonaniu

Najprościej byłoby napisać : tak było przed, a tak po biegu....... ale oczywiście sprawa wygląda trochę bardziej skomplikowanie. Same przygotowania od urodzenia świetnego pomysłu zmarłych postaci zajęły nam miesiąc. Nie tak prosto w końcu ubrać się i pomalować za kogoś, kto dawno nie żyje, a na dodatek wstał z grobu jako zoombie.
 Myślą przewodnią był " Powrót żywych trupów", a kwestia doboru postaci wyglądała następująco :
- ja miałam być zmarłą panną młodą
- Aga J moim zmarłym mężem
- Nasza photo zmarłą pielęgniarką.
Każda z nas oczywiście wymyśliła sobie momentalnie powód śmierci. Ja miałam się ozdobić w podciętą szyję i policzek, Aga jako mój mąż zmarła otrzymując kulę w czoło oraz serię z karabinu po rękach. Natomiast nasza photo wymyśliła zoombie, które do tej pory nie wiem jak zmarło.

 Problemem były makijaże i rany. Żadna z nas przez około tydzień nie wiedziała co zrobić. Nie jest prosto znaleźć osobę, która potrafi malować realnie krew, rany cięte, wiszącą skórę i ziemię z grobu. Po zorientowaniu się w temacie, że ogólnie pomysł może mieć problem z realizacją - wzięłyśmy sprawy w swoje ręce. W tym punkcie przydał się internet i nauka tworzenia ran.
Powiem szczerze - nie takie to trudne jak się wydaje. Wszystko można kupić i zrobić wedle własnych pomysłów.
Aga J w dniu biegu od godz 11ej udzieliła nam schronienia oraz oddała do dsypozycji wielki okrągły stół. Usiadłyśmy przy nim jak na wielkim zebraniu. Był cały zastawiony lateksem, farbami, cieniami, plastrami...... nawet leżał wenflon i strzykawka do cewnika. Było dość specyficznie. Każda podcinała się tu i tam, a potem troskliwie malowała i wylewała krew z gliceryny.
Jak już wiadomo - w temacie kreowania nowych postaci osiągnęłyśmy sukces.
O godzinie 15ej byłyśmy gotowe. Trochę trzeba było wytarzać stroje w ogrodowym piachu celem stworzenia aury grobowej i w drogę.



   Wałcz powitał nas straszliwą duchotą i chmurami, który wróżyły tylko burzę - która na nasze szczęście makijażowe nigdy nie dotarła. Od samego początku wzbudziłyśmy wielkie zainteresowanie, głównie dorosłych gdyż dzieci z piskiem uciekały. W ciągu pierwszej godziny czułam się jak eksponat muzealny gdyż wymieniały się tylko osoby i aparaty. Ale to świetne uczucie i fajna zabawa sprawić taką radośc tylu osobom jednocześnie.
Z uwagi na śmiertelne zainteresowanie swoimi przebraniami , nie miałyśmy czasu na rozciąganie i przygotowanie do biegu. Zresztą moja psychika była przygotowana na wielkie wyzwanie - sama suknia miała 7 warstw tiulu plus sztuczną podszewkę o peruce to już nawet nie wspomnę. Nasza photo miała sztuczny fartuch pielęgniarki a Aga długie spodnie..... które również naturalnością nie grzeszyły.

Odprowadziłyśmy Mikę do autobusu ponieważ biegła na 5km a same grzecznie powędrowałyśmy na swój start. W między czasie poznałyśmy Team Biegowy ze Szczecinka, który serdecznie pozdrawiamy.


Trasa 10km przebiegała tym razem inaczej niż rok temu i na moje nieszczęście zawierała dużo podbiegów, morderczych podbiegów. Moja suknia straciła na wartości na 2km a peruke chciałam wyrzucić w krzaki po 500m. Stwierdziłam szybko że gorset od sukni wspaniale blokuje mi dopływ powietrza i w trakcie biegu zaczęłam go rozwiązywać.
Musiałam przeżyć trasę, ale miałam bardzo dużo opcji innych rozwiązań. Peruka skutecznie podnosiła mi temperaturę głowy na każdym km o 10 stopni , a podszewka sukni z chińskiej sztuczności połączona z duchotą w powietrzu tworzyły idealny termos w nogach. Miałam wrażenie, że na 7km już logicznie nie myślałam tylko człapałam. Nie jestem w stanie opisać mojego tempa biegu bo co chwilę podnosiłam suknie i wietrzyłam termos...... nikomu nie życzę tak biec.



Na metę dotarłam ...... nawet nie wiem w jakim czasie, z pewnością należał do tragicznych z uwagi na obłożenie mojej osoby. Przekraczając linię rzuciłam bukiet ślubny, który trafił prosto w ręce innego biegacza całkowicie zdezorientowanego.
Oczywiście piękny moment medalu, gratulacje i zimne piwo. Udało się !!!!
Bieg Filmowy zasługuje na udział z uwagi na swój cudowny charakter. Można spełnić swoje marzenia i być kim się chce, każdą postacią z filmu. Organizacja jest wręcz medalowa. Zestaw startowy zawiera przepiękny kapelusz który cały rok przypomina aby dzień biegu zakreślić w kalendarzu jako ważny termin.
Najważniejsze jednak jest to że nasze starania zostały docenione. Wygrałyśmy wraz z innymi biegaczami nagrody za najlepszy strój biegowy. Byłyśmy zaskoczone i szczęśliwe.
Czy pobiegniemy za rok ? Oczywiście !!!!
W jakich strojach ? Z pewnością będą specyficzne i szokujące !













środa, 1 lipca 2015

Sowa, Kalenica i wielka niewiadoma

Jak każdy, tak i ja potrzebowałam wytchnienia. Przy wyznaczaniu dni wolnych zawsze celuje tylko w jeden rejon Polski. Wiem, że nasz kraj jest cudowny i ma przepiękne zakamarki ale góry nie mają porównania do żadnych innych. Właściwie to od wyboru do koloru czy to Beskidy, Karpaty czy Tatry, Sowie, Pieniny, Góry Świętokrzyskie. Nie ma wyjścia trzeba kochac to co mamy.
Zebrałam rodzinną brygadę, zapakowałam dzieci i wywiozłam wszystkich w Góry Sowie do miejscowości Jugów. Po przyjeździe od razu chciałam rzucić torby i pobiec w górską odchłań :)
Na szczęście rozsądek mnie powstrzymał, obiecywałam sobie niezbadane długie szlaki biegowe i maksymalny kilometraż który miałam pokonywać. Brałam pod uwagę całe 5 dni biegania. Niestety nie było to takie proste. Jako główny opiekun 2,5 i 10 latka zostałam cudownie ograniczona w bieganiu, wędrówki piesze także kończyły się długim monologiem moich pociech urozmaicone jęczeniem i krzykiem. Doszło nawet do noszenia młodszego wojownika na moim wątłym kręgosłupie, a jak już ten nie dawał znaku życia to nosiłam go na szyi. Po kilku dniach takich pomysłów dorobiłam się porażenia mięśnia barku i temat noszenia załadunku został zakończony. Ale nie odpuściłam tematu wędrowania. Zaliczyłam Sowią Górę, Kalenicę, Przełęcz Jungowską i zdążyłam się zgubić. Jak małe dziecko wybrałam drogę łatwiejszą, która trzykrotnie wydłużyła powrót do domu. Na drugi dzień miałam zapewnione zakwasy we wszystkich partiach mięśni plus porażenie barku. Ale i tak kocham góry....... i pod koniec lipca znów je odwiedzę - tym razem Tatry.