niedziela, 22 maja 2016

Runmageddon Rekrut Gdynia vel Babie Doły

Nastał dzień, wraz z nim moje ciało zmienia się niczym tęcza po deszczu. Z godziny na godzinę przybieram nowsze kolory, wzory i odmiany szczypania. Pamiątek ciąg dalszy....
Pół roku temu zapisałyśmy się na Runmageddon Rekrut w Gdyni i dystans 6 km naszpikowany przeszkodami. W oficjalnej wersji miało ich być 30, po 2 km już było wiadomo, że nie ma sensu liczyć, a myśli pomnożyć razy dwa. Jedno wiem na pewno - ekipa Runmageddon z roku na rok zwiększa poprzeczkę trudności biegu.

Start świetny - najpierw rozgrzewka na piachu czyli burpessy, pomki, przysiady i wymachy w tempie takim, że już po chwili miałam dość. Potem do pasa w morzu , małe zamarzanie, biały dym i wystrzał do wojny. Pierwsze 500 m zmieniło mnie w morsa bez żadnych przygotowań.

Woda była lodowato zimna, a druga i trzecia przeszkoda wymagała nurkowania. Trzeba było szybko przestawić myślenie i pokonać hipotermię. Potem było już tylko gorzej. Spacer z pieskiem ważącym chyba ze 100kg opóźnił trochę nasze nadzieje na szaleńczy bieg. Chwilami miałam wrażenie, że stoimy w miejscu.












Doszedł do tego trening na zasadzie pionowych podbiegów, bo dlaczego nie skorzystać jeśli jesteśmy nad morzem......lub w górach ? To podbieganie paliło piszczele do ostateczności. Można by rzec, że zasieki na górze były miodem na wszystkie boleści. Do tego dochodziły ścianki, których liczba przekraczała dopuszczalną , a wysokość chyba rosła wraz z pokonywaną trasą. Jednak po kilku kąpielach, przechodzeniu przez trumny i rury, plus skakanie do dołu niczym wielki grób pozbawiło nas wszelkiego strachu. Każdy kto ma jakiekolwiek lęki wysokości, przestrzeni czy inne fobie i startuje w takim biegu jest albo nienormalny, albo liczy na totalne ozdrowienie.Ja też myślałam, że mam lęk wysokości ale po pierwszej przeszkodzie, która wymagała zmierzenia się z nierealnym - nagle stał się cud. Mózg już chyba w pewnym momencie nie myśli, a ciało leci odwagą na żywioł. Najgorsza jest walka z własną psychiką i nastawienie jej na szaleństwo. Wielki kontener wypełniony świeżym lodem i zanurzenie w nim rozgrzanego biegiem ciała, a żeby było bardziej słodko - nurkowanie w nim - to już na prawdę mocne przeżycie. Wyjście z niego spowodowało zesztywnienie wszystkiego co u mnie było pokryte skórą. Po kilku minutach przypomniałam sobie jak mam na imię otrzymując 10 kg wór z piachem, żeby w nagrodę brodzić z nim po bagnach. Po kolei było jeszcze pieszczenie prądem , wchodzenie na pionowe ściany oblane błotem, żywa przeszkoda przystojnych panów, którzy nie mieli oznak przyjaźni oraz miliony metrów czołgania pod siatkami.


Całą trasę razem z nami pokonała Photo Mika - która za wszelką cenę chciała mieć zdjęcia wszystkich przeszkód. Nie wzięła jednak pod uwagę, że przewyższenia trasy i jej 3 obiektywy w torbie postawią ją w zadaniu równym naszym staraniom w biegu. Była identycznie brudna, wykończona i uśmiechnięta - również posiada z tego tytułu identyczne rany :) Medalu nie dostała ale biegła dumnie z identyfikatorem ekipy Runmageddonu więc była częścią fali wybuchowej.
Dzisiaj myślę, że pokonałam wszystkie swoje słabości, a rzeczy nierealne przestały istnieć. Jeśli będę miała chwilę zwątpienia na trasie gdziekolwiek, to szybko przypomnę sobie ten kontener z lodem. Wiem jedno - nie było łatwo, nigdy nie jest , ale pomoc innych w takim wydarzeniu jest bezcenna i warto to podkreślać. Świetna i zgrana ekipa to podstawa sukcesu - dziękuje wszystkim, którzy splatali ręce przy ściankach, wciągali nas na góry czy podsadzali .......wiadomo jak :) Teraz pozostał tydzień zaleczenia ran i przygotowań do kolejnego biegu......w siniakach bo one szybko na pewno nie zejdą.

środa, 18 maja 2016

Ten post nie jest dla chłopaków !




Czas wykorzystać sytuację i ponarzekać na nasze stany kobiecych menstruacji w powiązaniu ze sportem. Wiele kobiet ma problem z tym jak obydwie rzeczy powiązać. Umysł chce iść pobiegać, wyszaleć się i umęczyć, a ciało leży w boleściach na kanapie z tabliczką czekolady pod pachą. 
Tak, to ten stan - bólowo depresyjny. Nachodzą nas wtedy czarne myśli dlaczego facet nie ma tego wstrętnego okresu !!!! A przy okazji niech też urodzi chociaż jedno dziecko, przejdzie najpierw ciąże plus 20 kg i doświadczy opuchniętych stóp jak hipopotam. 
Widzę, że zaczynam się rozkręcać w złośliwych marzeniach...czas wrócić do sportu. 

Niestety nie jest łatwo. Ogólnie nic się nie chce, niby mamy ochotę na skok z mostu na linie ale sama lina nas obrzydza. Za chwilę chcemy przebiec maraton, ale w trakcie zakładania butów już chcemy co innego. Tak niestety jest ....Jeśli do tego wszystkiego jeszcze rozsadza nam biodra - to już kolory świata zaczynają się zmieniać diametralnie w sytuację , że bez kija nie podchodź...albo w ogóle nie myśl żeby podejść. No dobra, możesz podejść ale z koszem michałków :)
Jeśli jednak nie jest aż tak źle i jesteśmy już po trzech czekoladach to można pobiegać, najważniejsze aby przyjąć kilka ważnych zasad celem utrzymania formy i zdrowia. W trakcie wybuchu hormonów organizm jest osłabiony i warto o tym pamiętać. Należy rano i godzinę przed biegiem wypić szklankę wody ze szczyptą soli himalajskiej różowej ( mikroelementy, składniki mineralne naturalne ) , najlepiej jeśli będzie to ciepła woda - ale wiadomo, że w tym dniu nie jest to proste. 

Cały dzień samych ciepłych posiłkach również działa kojąco i wzmacnia ciało, gdyż organizm wtedy działa na zasadzie pieca - im cieplej tym lepiej i mocniej. Można wyciszyć organizm odpoczynkiem, nabraniem siły, a potem spokojnie ruszyć na świeże powietrze. Żaden siłowy, mocny crossowy trening w pierwszy dzień nie jest polecany, ale od lekkiej przebieżki jeszcze nikt nie umarł. Wolne, spokojne tempo biegu czy jazdy rowerem podziała z pewnością rozluźniająco......można zabrać czekoladę :)
Także dziewczyny rozumiemy się bez słów.......małe ciasto z kremem ...szklanka wody z solą i buty biegowe na nogi !

poniedziałek, 16 maja 2016

Joga na Wyspie 14,05,2016

Przez cały tydzień drżałyśmy o pogodę. Codziennie była inna , a do tego wiał mocny wiatr. Codziennie widziałyśmy widmo deszczu, gradu, piorunów i wielkiej klapy naszego wydarzenia. Jednak mamy KUPĘ szczęścia bo ta nasza wymarzona sobota była słoneczna i piękna. Zorganizowałyśmy Jogę na powietrzu dzięki współpracy Złotowskiego Klubu Amazonek. Chciałyśmy aby zwykły trening miał niezwykłe przesłanie. Udało się !
Trening prowadziła nasza bliska koleżanka Agnieszka Fertała, która z blisko 60cio osobową grupą poradziła sobie fenomenalnie. Godzinny trening zakończyłyśmy kubkiem ciepłej zielonej herbaty zapraszając wszystkich na drugi w dniu 28 maja br o godz 17ej. Panie z klubu Amazonek zaopatrzone były we wszystkie materiały dotyczące badania piersi. Warto było podejść i na modelu piersi sprawdzić jak można wyczuć zmianę, dowiedzieć się że szybka reakcja to dalsze szczęśliwe życie. Uwielbiamy piękne przesłania zwykłych wydarzeń i cieszymy się, że możemy zorganizować je po raz drugi. DZIĘKUJEMY WSZYSTKIM KTÓRZY BYLI W SOBOTĘ I BĘDĄ JESZCZE RAZ Z NAMI ZA DWA TYGODNIE.