wtorek, 26 lipca 2016

26 Bieg Powstania Warszawskiego oraz 3 Bieg Zdobycia PASTy

 Z biegiem lat wyjazdy rodzinne zaczynam tworzyć w oparciu o świetne wydarzenia biegowe. Z pewnością większość z Was która to czyta robi zupełnie podobnie. Od ponad pół roku miałam w myślach udział w 26 Biegu Powstania Warszawskiego, a że przypada on szczęśliwie w okresie wakacyjnym - miałam świetną okazję zabrać dzieci na wycieczkę do stolicy.
Oczywiście sama organizacja wyjazdu była błyskawiczna - włącznie z uzbrojeniem w oprawę plecakowo-pociągową. Fajnie jest cofnąć się w dawne czasy gdzie wygoda nie istniała i pociąg to był rarytas weekendu czy jakiegokolwiek dłuższego wyjazdu.
Podczas rejestracji na bieg główny 10 km zarejestrowałam się przy okazji na bieg po schodach upamiętniając walki zdobycia budynku PASTy.
 3 Bieg Zdobycia budynku PASTy rozpoczynał się o godzinie 9ej rano.
" Bieg jak co roku odbywał się po schodach budynku przy ul. Zielnej 39. Biegacze mieli do pokonania 9 pięter. Wydarzenie ma upamiętniać walki powstańcze o zdobycie budynku PAST-y, które trwały od 2 - 20 sierpnia 1944. Tradycyjnie już, zmagania zawodników śledzili kombatanci biorący udział w Powstaniu Warszawskim w 1944 roku, którzy podobnie jak w poprzednich edycjach nie kryli wzruszenia i podziwu dla uczestników biegu a także organizatorów."
Powiem krótko - pierwszy raz biegłam po schodach w takim wydarzeniu, pierwszy raz doświadczyłam tego hałasu burzonego i ostrzeliwanego budynku, pierwszy raz również mijałam na piętrze kompletnie ubranych żołnierzy i po części przeniosłam się w czasie. Ale te wszystkie doświadczenia będę powtarzać bo wymaga tego nasza historia, duma i pamięć wobec tych, którzy zginęli za ojczyznę. Wspaniali ludzie i cudowny klimat, uczucie spotkania tych którzy przeżyli wojnę aby przekazywać prawdę następnym pokoleniom - bezcenne.
A co do biegu - bałam się tych 9ciu pięter strasznie, w myślach wyobraziłam sobie włączone żelazko na samej górze więc prułam po dwa schody na raz. Spuchłam na 7ym piętrze i wolniej dobiegłam do mety. Ale dałam radę i to było dla mnie najważniejsze.........mój czas to 1:50 co oznacza, że do pożaru mogę biec.....bądź żelazka :)


 Cały dzień pieszo zwiedzaliśmy stolicę, czekałam na wieczór z niecierpliwością.
26 Bieg Powstania Warszawskiego w tym roku liczył sobie 10 000 uczestników. Ogromne wydarzenie biegowe, masa ludzi którzy chcieli oddać hołd walczącym. W tak wielkim organizowanym biegu jak dotąd udziału nie brałam. Byłam zaskoczona wspaniałą organizacją i bezpieczeństwem masy biegaczy na najwyższym poziomie. Mogę stwierdzić jedno - niesie cię tłum..po prostu płyniesz biegnąc.
Przez te 10 km startując w ostatniej fali poznałam wielu ludzi. Uświadomiłam sobie, że ta masa ma cudowne serca w swojej pasji. Większość biegła w akcjach charytatywnych zbierając pieniądze dla chłopca, dla dzieci z autyzmem, dla schroniska, dla swoich rodzin. Poznałam Pana który biegł w imieniu swojego kółka emerytów :)


Przegadałam te 10km - dosłownie, strasznie przegadałam. Za to poznałam wspaniałych ludzi i ich piękne historie. Ta trasa minęła mi nie tylko zwiedzając Stare Miasto, Wybrzeże Kościuszkowskie czy Podzamcze z cudownym festiwalem kolorowych fontann. Przede wszystkich dała obraz świetnego spędzenia czasu wśród masy ludzi o identycznej miłości do biegania oraz upamiętnienia wszystkich bohaterów Powstania Warszawskiego.






niedziela, 17 lipca 2016

6 Wałecki Festiwal Biegowy w barwach samby

 Trzeci rok z rzędu potwierdziłyśmy obecność w Wałczu i Biegu Filmowym rozgrywanym na dystansie 9999m. Główną atrakcją i przesłaniem tego wydarzenia jest przebranie biegacza zgodne do filmu bądź postaci filmowej. W tamtym roku byłyśmy dość martwe, jako niezbyt ciepło nastawione zwyciężyłyśmy w konkursie na najlepsze przebranie biegu co dało nam ogromnego kopa i motywację do bycia jeszcze lepszym w kolejnym biegu.
Niestety ta motywacja trochę nas przerosła w pomyśle tegorocznego stroju. Strasznie chciałam spróbować biec w czymś .....dość kłopotliwym i sprawdzić czy naprawdę można pokonać 10km odziana w przeróżne ozdoby.
 Wyzwanie nr 1 : zdobyć lub zrobić przebranie tancerek z filmu " Lata dwudzieste, lata trzydzieste " reż. Janusz Rzeszewski
Wyzwanie nr 2 : Tak rozbiegać Photo Mikę, aby pokonała 10km biegiem odziana w kompletny strój tancerki
Wyzwanie nr 3 : Wspaniale się bawić !!
Realny pozostał tylko punkt trzeci, na szczęście miałyśmy sporo czasu od ustalenia pomysłu do jego realizacji. Jednak jak się szybko okazało -  samo stwierdzenie " nie ma rzeczy niemożliwych " jest za mocno budujące. W naszym kochanym kraju dostępność rzeczy zza Europy , na dodatek podkradające trochę inną kulturę jest wysoko niemożliwe.



 Dokładnie pół roku trwały negocjacje w sprawie wypożyczenia kompletnych strojów do samby. Nie zdawałyśmy sobie sprawy z tego - jak bardzo cenione są takie komplety i często rezerwowane. Miałyśmy z tym największy problem bo byłyśmy trzy.
Wiara we własne talenty krawieckie powodowała że zaopatrywałyśmy się w strusie pióra, boa i ozdoby. Był moment, w którym chciałyśmy cały strój uszyć własnoręcznie - jednak do tego potrzeba strasznie dużo czasu, cierpliwości i zaangażowania w szycie.....czyli wszystkiego czego nam brakuje.

 Mniej więcej pod koniec czerwca wyzwanie nr 1 stawało się realne. Stroje miałyśmy zapewnione. Oczywiście żadna z nas nigdy nie miała na głowie brazylijskiego pióropusza czy wszelkich ozdób do tańca. Otwierając karton miałyśmy miny jak dzieci nad pudełkiem czekoladek. Wszystko się puszyło i świeciło - raj dla kobiet wszelkiej maści. Szybko jednak okazało się, że należy błyskawicznie stworzyć kółko robótek ręcznych i wprowadzić pewne zmiany, które ułatwią nam bieganie - w końcu nie miałyśmy ochoty tańczyć na scenie w Wałczu.

 W tym całym szaleństwie było jeszcze wyzwanie nr 2 czyli - przebiec dystans z kimś kto nigdy nie biegał. Wzięłam to na swoje barki, uparłam się, że stanę na głowie a Photo Mika przeleci te 10km i jeszcze z uśmiechem na twarzy wpadnie na metę. Byłam trochę wygrana bo rozbiegać kogoś kto 2 lata trenuje crossfit nie należało do trudnych - problemem było jednak nastawienie. Mika woli biegać z aparatem niż własną radością - brałam pod uwagę czy do swojego stroju nie dać jej Canona na trasę. Z pewnością dystans poszedłby wtedy sprawniej. Jednak nie traciłam nadziei. W ciągu dwóch tygodni przed biegiem robiłyśmy treningi równo co drugi dzień stosując system Gallowaya. Na 3 dni przed biegiem byłam już pewna, że Photo będzie miała medal Biegu Filmowego.


 Dzień biegu - droga w napięciu, nerwy i ubieranie na parkingu, potem pakiety startowe i chwila oddechu. Na szczęście pogoda w tym roku była idealnie dostosowana do wszystkich przebrań. Dwa lata pod rząd pamiętam temperaturę koło 40stu stopni i bieg na granicy życia.
Przez około godzinę byłyśmy niczym atrakcyjne posągi , z którymi należy sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie. Miałyśmy niesamowitą radość i przyjemność stać koło przeszczęśliwych małych dziewczynek które na sam nasz widok już skakały i prosiły mamy o zrobienie zdjęcia. Takim sposobem poznałyśmy wielu przebierańców, z którymi miałyśmy okazję wspólnie pozować do zdjęć.

 Godzina startu i wszyscy ruszyli - Batman, Supermen, Maska, Flinstonowie i cała resztę biegaczo-przebierańców. Od razu ustawiłyśmy się na końcu żeby spokojnie pokonać dystans i pogubić pióra w spokoju.
Chwila szczerości - po pierwszym kilometrze wiedziałam, że to był najgłupszy z możliwych pomysłów. Wszystko piękne, cudowne i kolorowe stało się niewygodne, parzące, kłujące i drażniące. Pióra wkurzały, a korale hałasowały do tego stopnia, że na pewien czas porzucę noszenie biżuterii.
Na dodatek pióropusze nie mieściły się często w ścieżce biegowej z uwagi na drzewa, więc część biegu trzeba było pokonywać w pozycji witania :)
Jednak największą atrakcją biegu był moment pokonywania jej mostem, który położony pomiędzy brzegami jeziora jest dość specyficzny dla wszystkich biegaczy. Ma bowiem to do siebie, że zwykły spacer jest przyjemny natomiast podczas biegu zaczyna się bujać lekko w boki, a środek rusza wybrzuszając niczym wąż. Odziane w te wszystkie pióra i brylanty miałyśmy lekkiego stracha i panikę - na szczęście szybsze tempo rozwiązało wszystkie problemy.
Na metę wbiegłyśmy jako ostatnie, za to szczęśliwe i uśmiechnięte do granic możliwości. Wiedziałyśmy, że kolejny szalony pomysł stał się naszym wspólnym sukcesem.





 Bieg Filmowy to wydarzenie skupiające ludzi - biegaczy, dla których wszelkie czasy i życiówki w tym dniu nie mają znaczenia. Liczy się przesłanie i zasady biegu.
W tym roku wygrałyśmy nagrodę specjalną festiwalu za najbardziej barwne postacie Biegu Filmowego - z czego jesteśmy bardzo szczęśliwe. Jednak największą radość sprawiała nam możliwość przedstawienia innym jak łatwo z marzenia przejść w czyn.
Można być kim tylko się chce !
Każdy potrafi biegać, nawet na dystansie 10 km !
Jeśli czegoś bardzo się pragnie to warto inwestować w swój pomysł !
Trzeba mieć w sobie trochę szaleństwa, potem szczyptę odwagi, wiary i zupa ze szczęśliwego życia gotowa. Częstujcie się !!!

poniedziałek, 11 lipca 2016

W pełni amatorski Bydgoszcz Triathlon

Dzień po wydarzeniu nadal chodzę dumna jak paw, dumna z siebie i wszystkich debiutantów na dystansie 1/8 IM. Sobota 9 lipca był dla nas najbardziej stresogennym dniem od dawna .
Tydzień przed zawodami miałam ciągle jakieś oznaki buntu ciała, który bał się, że nie podoła wyzwaniu. Nerwówka narastała i dawała o tym mocno znać.
 
 
Nigdy dotąd nie próbowałam trzech dyscyplin w jednym zestawieniu. Na dodatek zapisując się na triathlon - nie umiałam pływać. Tak.......to już komedia. Moja technika utrzymywania się na wodzie opierała się głównie na robieniu wszystkiego aby przeżyć i wrócić na brzeg. Niestety fundując sobie nowe zadanie - z początkiem roku obydwie zaczęłyśmy regularne treningi na basenie. Oczywiście od podstaw - deseczki, pianeczki, rurki i po kolei żabka, plecy itd itd. Biorąc pod uwagę pół roku przygotowań - mniej więcej można było przyjąć sobie do serca słowa trenera : Dacie radę !
Co można było również tłumaczyć : Nie utopicie się .............w piance.

 Dzień przed zawodami wstawiłyśmy rowery do strefy zmian i odebrałyśmy pakiety. Musiałyśmy spokojnie oswoić się z terenem i zasadami, które tak nas przerażały. Jednak ze wsparciem znajomych dla których takie wydarzenia to całe życie - narastała adrenalina, szczęście i rósł poziom walki.
Po odprawie technicznej wróciłyśmy z uśmiechami do domu.

Sobota 9 lipca 2016 , pobudka 5 rano.....matko tak wcześnie....ok 5.30 ostateczność.......te pól godziny i tak już nic nie dały.
Leżenie z otwartymi oczyma to i tak żaden sen. Sytuację ratowała kawa, jęczenie - dlaczego to wszystko, po co, bez sensu, za zimno, wcale nie chce .....2 bułki z miodem i wsiadłam do auta Kasi. Po kolei pozbierałyśmy podobnie marudzące ciała - Photo Mika z torbą swoich aparatów, potem Aga JB z miną która chciała spać.


Atmosfera organizacyjna zawodów na najwyższym poziomie, wszystko przygotowane do minimalnego punktu. Biuro zawodów, strefa zmian , szatnie, depozyt - wszystko w Hali Łuczniczka Bydgoszcz pod czujnym okiem ochrony.
Serce się gotowało - sama nie wiem czy ze strachu czy już z podniecenia.
Wcisnęłyśmy ciała w pianki i nastawiłyśmy myślenie na pływanie w ostatnim rzędzie. Wzięłyśmy sobie mocno do serca rady bardziej doświadczonych aby nie pakować się " w pralkę ".
Z uwagi na zaszczyt płynięcia Brdą, która raczej nie należy do najczystszych - wolałyśmy nie szpanować nowo nabytymi umiejętnościami. Ogólnie dałyśmy sobie spokój z kraulem. Za krótko myślałam, za szybko był start. Ruszyłyśmy.


Słyszałam tylko potężny okrzyk kibiców na samej lini brzegowej. System krytej żabki z mocnymi, pełnymi wymachami rąk ratował sytuację i pomagał wymijać nie jednego mężczyznę. Niestety pływanie tą trasą przypominało zatopioną kwiaciarnię. Przez całe 475 m wody miałam plątanie roślin o stopy i ręce niczym długie włosy zostawione w wodzie. Nie powiem żeby było to fantastyczne uczucie. Dziękowałam jednak, że podarowałam sobie kraula i nie muszę na to patrzeć. Z wody wyszłam po 10 minutach z wielką rośliną owiniętą wokół ramienia. Niczym oceaniczna królowa.
Szybka akcja ściągania pianki,wkładania w worek i zamiana z pływaka w 2 minuty na rowerzystę. Swój amatorski start na dystansie szosowym 22,5 km poświeciłam Kross-owi, którego ubrałam w opony szosowe Michelin. Nie narzekałam, chociaż miałam wrażenie, że rower jest za ciężki na takie zawody. Aga J była 10 minut przede mną, na dwóch nawrotkach mogłyśmy dyskutować systemem " Jest ok ? Ok ! " . Potem każda walczyła dalej.


W tym momencie należy pozdrowić Panią, która akurat przy mojej prędkości światła i pokonywania skrzyżowania - zapragnęła wraz ze swoją siatką na zakupy " przebiec " przez pasy. Jej obecność i moje wymijanie 3 mm od jej ciała zapamiętam na długo. Zobaczyłam wtedy cały mój upadek, połamane nogi, wysypane jabłka tej pani na asfalcie i milion osób nade mną z rozczuloną miną. Na szczęście miałam siłę się tylko wydrzeć " Ludzie " !!!! A wyobraźnia z wypadku wróciła na właściwy tor. Szybka reakcja, strach i okrzyk spowodował, że moje skupienie zwiększyło się do progu zenitu. Mknęłam dalej.
Byłam w szoku, że po 54 minutach zobaczyłam strefę zmian. Tak bardzo chciałam jechać dalej, było mi mało...mogłam robić drugą pętle.....strasznie żałowałam, że muszę zostawić rower.
Kolejna wizyta w strefie i kolejne 2 minuty na zmianę z rowerzysty w biegacza.
Muszę powiedzieć, że to było dla mnie mocne doświadczenie. Stąpnięcie z roweru po szybkiej jeździe i natychmiastowy bieg to żadna przyjemność. Po prostu nogi bolą, ciało jest sztywne niczym deska, a głowa jeszcze jedzie. Najgorsze, że przez pierwszy kilometr człowiek biegnie jak w jakiejś gonitwie. Nie wiem czy kiedykolwiek miałam takie tempo jak na pierwszych 500 m.

Na szczęście szybko zauważyłam co wyprawiam i uspokoiłam ciało do w miarę równego tempa. Niestety nie byłam w stanie przyjąć biegania takiego, aby moje ciało mogło pokonać trasę swobodnie i bez przeszkód. Wspaniałomyślnie na drugim stanowisku z wodą zjadłam kawałek banana. Po co ? Nie wiem....może poczułam, że przede mną jeszcze cały maraton ? Po kilki minutach miałam już wszystkie kolki świata, nerwy na ostatnich włosach i ból nóg nie do wytrzymania. Finał był taki, że kolka była już moją przyjaciółką do samej mety. Humor rozświetliła mi wolontariuszka, której krzyki i mocny głos zapamiętam na zawsze. Wzięła mnie pod rękę przy wzniesieniu i wbiegła ze mną na samą górę- po prostu bajeczne uczucie. Śmiałam się już do samego końca z tej sytuacji.
Normalnie potrzebowałam chyba takiego wsparcia, które szybko wykorzystałam.
Zobaczyłam metę - ciężko to opisać.......nie wiem czy to szczęście, wzruszenie, radość.....w duchu dziękowałam Bogu ze to koniec ....dosłownie, te 5,25 km trasy się zakończy.

Miałam dość, byłam zmęczona, obolała ........a metę przekraczałam tnąc wielka szarfę - to było chyba najpiękniejsze uczucie na świecie. Poczułam się jak zdobywca całego świata, duma rozsadzała mi ciało .....i ten ogromny srebrny medal......po chwili do mnie dotarło, że jestem triathonistką.
Strefa finiszera, Photo Mika - wykończona bieganiem i robieniem zdjęć wyglądała stanem podobnie do mnie, Aga J - w kolejce do masażu i Kasia - z ogromnym uśmiechem i czwartym miejscem w kategorii. Tamte uczucia są nie do opisania. Pamiętam, że chciałam ryczeć nad uczestnikami niedowidzącymi i niewidomymi. Mijałam ich na trasie ze swoimi partnerami w walce. Byłam, jestem nadal pełna wielkiego szacunku - to oni udowodnili, że w życiu można osiągnąć wszystko i w każdym stanie. Ich determinacja, odwaga, upór i siła w ciągłej walce była dla mnie największym wsparciem i motywatorem. Cieszę się, że jestem jedną z tych osób, które przekraczają własne bariery i mają siłę spełniać marzenia.
Chwila prawdy : po samych zawodach mówiłyśmy do siebie chyba ze 4 razy, że nigdy więcej triathon. Miałam wręcz obiecać Adze z medalem na szyi,że już nigdy nie wystartujemy w takich zawodach. To miało być nasze jedno wydarzenie, doświadczenie, zabawa i sprawdzenie umiejętności pokonywania trzech dyscyplin na raz. Sprawdziłyśmy i ....powinno wystarczyć. No tak....powinno
W drodze do domu również byłyśmy przekonane, że ten nastrój pozostanie właśnie w tym stanie.
Nie do końca jestem pewna kto chciał abyśmy miały takie myślenie - może głowy, które zaczęły odczuwać zmęczenie. Niestety rzucając torbę w progu drzwi i wręczając medal synkowi już wiedziałam, że to się tak nie skończy. Najlepsze, że Aga J potwierdziła ten stan......... dziwne uczucie przemijającego bólu w euforię i wielkie zwycięstwo.
Jedno jest pewne - to nasz pierwszy i ....nie jedyny triathlon.