środa, 26 października 2016

Nie masz motywacji ? Wyznacz sobie cel !!

Co chwilę ktoś mi przez ramię jęczy, że jest szaro, ponuro, bo jesień, bo deszcz, bo mgła.....
Już zdążyłam przekształcić się na myślenie biegacza - widzę w teraźniejszości same plusy.
Każdy dzień, pogoda i nastawienie dostosowuje pod trening - bo tak na prawdę stał się wyznacznikiem mojego samopoczucia i zdrowia.
Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy jest tak szalony jak ja czy Aga. Mogę tylko naświetlić Wam jak spowodować, że motywacja to nic innego jak wola walki o własne JA.
Od samego początku ( kiedy to minęło ? ) miałyśmy jakiś punkt do którego układałyśmy plan.
Kilka lat temu to Bieg Filmowy stał się naszym celem - takim ambitnym dla kogoś - kto z bieganiem nie miał nic wspólnego. Jednak upór i siła nie pozwalała nam rezygnować.
W momencie słabości pojawiał się wstyd - bo jedna trenuje, a druga siedzi na dupie.
Po okiełznaniu Biegu Filmowego były kolejne postanowienia.
Z biegiem czasu stały się większe wraz z wzrostem naszych możliwości.

Rok temu Triathlon w Bydgoszczy - przy zapisach nie umiałyśmy pływać,......... dosłownie, komedia.
Ja machałam rękoma jak paralityk, Aga unosiła się na wodzie tylko pozycyjnie. Ale byłyśmy na liście jednego z większych triathlonów w Polsce i co teraz ? Poddać się ? Powiedzieć wszystkim, że mamy pilny wyjazd na urodziny kuzynki teściowej ? ......Nie ! Nigdy ! Nikt za nas niczego nie osiągnie !
Treningi na basenie zrobiły swoje. Na początku pływanie z bojką i piankami niczym zajęcia dla rehabilitantów. Po czasie technika kraulem, tyłem, bokiem .......i  tak się zakochałyśmy, że do teraz szlifujemy basen. Ale triathlon zaliczyłyśmy z uśmiechem na twarzach.
Po nim długo nie trwało, a byłyśmy na liście Poznań Maraton - to już było dość konkretne wyzwanie. Można by rzec Hard Cel !
Oczywiście naczytałyśmy się sporo publikacji, książek, Runnersa, wywiadów...wszyscy zgodnie twierdzili, że należy realizować plan treningowy do maratonu. Byłyśmy dzielne , wola walki nas nie odpuszczała......zaczęłyśmy treningi. Potem ja chora, Aga chora, wyjazd na zawody, rajd, wycieczki, urodziny u rodziny ....i plan legł w gruzach.
Przyszło za to spokojne wybieganie kilometrów z uśmiechem na twarzy. Nie udało się jednej z nas zrealizować maratonu, ale Aga wbiegła na metę z okrzykiem, że chce znowu.......
Ten okrzyk zapamiętałam i kilka dni po nim byłyśmy na liście Cracovia Maraton.
System nadawania tempa w osiąganiu celu nie pozwala nam na nudę, psychiczne doły czy jakieś zwątpienia we własne możliwości. Jestem przekonana, że wszystko co sobie wyznaczymy - jesteśmy w stanie zrealizować. Niektórzy może musza się bardziej postarać, ale samo powiedzenie " nie ma rzeczy niemożliwych " powstało nie przez przypadek.
Żadna koleżanka, czy nowe wydarzenie bądź siłownia nie są w stanie rozbudzić w nas ognia motywacyjnego. Człowiek sam w sobie jest istotą która lubi zmiany i nowości. Chcemy często czegoś innego, spróbować nierealnego czy niemożliwego do osiągnięcia. Wyznaczony cel - nawet taki który wymaga dłuższych przygotowań pozwala na doświadczenie różnych form treningowych.
A szeptanie, spojrzenia i komentarze innych tylko bardziej umacniają wewnętrzną siłę i pcha nas do mety. Aby w końcu pokazać tym co wątpili - Patrz ! Potrafię ! Umiem ! Jestem wielka !
W naszym przypadku celem zawsze jest coś, co na chwilę postanowienia jest dla nas całkowicie nieosiągalne. To własnie powoduje, że zaczynamy wierzyć w jego sukces i dostosowujemy treningi tak aby rzeczy niemożliwe stały się realne. Od kilku lat ta technika się sprawdza, a poziom osiągnięć ciągle idzie ku górze. Poprzeczka zawieszona wysoko daje niewiarygodną siłę w dążeniu do celu......nawet tego hardcoreowego.
Nie patrzcie na zewnętrzny świat, pogodę, nastawienie innych ...skupcie się na jednym - na nowym celu. Niech on będzie tylko Wasz, czy to zawody, wędrówka na Mount Everest czy skok bungee ....cel to cel ! Każdy jest wielki i warty poświecenia. Do dzieła !


wtorek, 18 października 2016

Nigdy nie mów „nigdy” 17 Poznań Maraton 9.10.2016 r.

Jeszcze rok temu postukałabym się w głowę jakby ktoś zaproponował mi przebiegnięcie maratonu.
Przecież powiedziałyśmy sobie (My Agi), że to nie dystans dla nas i nigdy, przenigdy nie zapiszemy się na te mordercz 42,195 km.
Wymówek było steki tysięcy… I nagle w maju tego roku pracuję sobie jakby nigdy nic, a tu nagle telefon. Dzwoni Aga. I zanim jeszcze zdążyłam się odezwać usłyszałam „ruszają zapisy na maraton w Poznaniu, zapisujemy się​?” W afekcie odpowiedziałam „chyba w październiku nie mamy planów biegowych jeszcze? No to pewnie”.
Tak właśnie u nas podejmuje się decyzje. Zawsze baaaardzo długo się zastanawiamy (jedną milisekundę).
Za kolejne 2 min dostałam plan treningu na maraton i dowód wpłaty od Agi.
Decyzja po „burzy mózgu” zapadła nieodwołalnie.
Ale jak to w życiu, wszystko szło jak po grudzie. Żadna z nas nie potrafiła dostosować się do planu treningowego. Postarałam się trochę i zrealizowałam 3 tygodnie planu, chyba ze strachu, ale później to katastrofa.
Do tego doszło osłabienie organizmu po intensywnym sezonie, przesilenie jesienne, plus antybiotykoterapia zebrała swoje żniwo. Ja zjadłam 3 antybiotyki w ciągu miesiąca. Ostatni wzięłam 3 tygodnie przed startem. Aga nie miała takiego szczęścia bo ostatnią tabletkę antybiotyku wzięła jeden dzień przed startem (jej start w maratonie groził wielkimi zdrowotnymi konsekwencjami i lekarz kategorycznie zabronił jej udziału w biegu).
Ja po konsultacji z otrzymałam pozwolenie, ale jak tu startować bez przygotowania, bez porządnego wybiegania, bez zrobienia planu treningowego ? Nie wierzyłam w jakikolwiek sukces ukończenia biegu, za to we mnie wierzyli inni.
Wzięłam się do roboty - 2 tygodnie do dnia „X” mijały nieuchronnie.
Ziemek i Renia wyciągnęli mnie na „wycieczkę biegową” wraz z moim Szwagrem , wspólnie zrobiliśmy 23 km. I to było moje ostatnie długie biegania, zrobiłam jeszcze 3 treningi 5 i 10 km.
Mimo walki z chorobą do Poznania wybrałyśmy się w trojkę (Aga, Dominika i ja). Po odebraniu pakietów dotarło do mnie, że na drugi dzień mam do wykonania biegową robotę.
Strach się potęgował. Aga zrobiła w wynajętym mieszkanku prywatne pasta party (mega smaczne, dwie dokładki), po którym zasnęłam jak niemowlę.
Nadszedł ten dzień, niedziela 9.10.2016 r. godz. 8:30. Spotkaliśmy się na starcie z Justyną i Markiem (postanowiliśmy ten dystans pokonać razem), dla Justyny to też był debiut. Marek stwierdził, że spróbujemy pokonać trasę w 4 godziny 30 min. Niepoprawny optymista.
Na starcie spotkaliśmy jeszcze Sławka, chwila pożegnania, życzenia powodzenia i Start!
Aż nie potrafię wyobrazić sobie, co czuła Aga na starcie, ciężko to przeżyła,smutek, łzy…

Trasa przebiegała bez większych lub mniejszych przeszkód. Całą drogę utrzymywaliśmy równe tempo. Jak to Marek stwierdził " będziemy biegali od bufetu do bufetu". I też tako poszło.
Ogromnie się ucieszyłam jak na 10 km wypatrzyłam Agę z Dominiką!!!
Aż musiałam je przytulić nasze Kochane kibicki!!!! Widzieliśmy się tak na trasie co 5 km.
Pierwsze 21 km strzeliło jak z bicza trzasnął. Na zmianę słońce, deszcz, wiatr.
Bałyśmy się z Justyną, że po 30 km będzie kryzys, ściana (przecież tyle się o tym czytało, słuchało od innych biegaczy) ale nic takiego nie nastąpiło. Kolejne 21 km minęło jeszcze szybciej.
Marek jako nasz pacemaker prowadził nas idealnie. Wpadłyśmy na metę 4:21:16. Z uśmiechem na ustach, ze łzami w oczach, że dałyśmy radę. Czekał nas piękny medal i kwiatek.
Najważniejsze nasze wierne kibicki Aga I Dominika z szampanem!
Wszystkim uczestnikom Gratulujemy!!! Dziękuję za doping, za dobre słowo i za wiarę we mnie!
 Już teraz wiem, następny maraton to kwestia czasu.
Widzimy się w Krakowie bo decyzja znowu zapadła w 3 milisekundy!