niedziela, 13 listopada 2016

1.Poznański Bieg Niepodległości z innej strony

Patriotki - tak możemy siebie nazwać, świętujemy 11 listopada i jesteśmy dumne ze swojego pochodzenia. Ten szczególny dzień zaplanowałyśmy w Poznaniu z uwagi na organizowany tam po raz pierwszy Bieg Niepodległości.
Zbyt wiele już słów wylano na temat organizacji więc postanowiłam nakreślić Wam same zalety tego dnia.
Przede wszystkim z uwagi na zamknięcie biura zawodów o godzinie 8,30 ( start 10,00 ) miałyśmy niewyobrażalną radość wstać o 5,30 aby w tempie sprintu zebrać się, zalać kawę w termos i wyjechać kilkanaście minut później.
Ciemno....buro..nikogo...wszyscy śpią, a my...szczęśliwe na bieg.
Biuro zawodów zlokalizowane w budynku Międzynarodowych Targów Poznańskich wypełnione kolejkami. Pierwsza po pakiet, druga po koszulkę, trzecia po wodę, czwarta do toalety ( ta była magiczna ). W zależności od humorów uczestników jedne posuwały się szybko inne budowały swoiste historię czekających na spełnienie. Pakiet odebrany - uff mamy numer startowy. Koszulki nie dostałam bo zostały same męskie " S ", ale co mi tam....mam ich pełno z biegów. Do wody już się nie dobiłam, ale bez przesady - na 10 km nie potrzeba dużo.
 Wzięłam łyk kranówki i dzida na start. Ogólnie procedury kolejkowe zajęły nam 1,5 godziny - duży pozytyw, że nie trzeba było tyle marznąć na zewnątrz.
Druga zaleta - długie czekanie w kolejce do toalety pomogło nawiązać nowe znajomości biegowe.
Start zlokalizowany w centrum pomieścił 10 tysięcy biegaczy ustawionych w odpowiednich strefach. Podział kolorów koszulek - na prawo czerwoni, na lewo biali, wyróżnieni - szczęściarze, którzy nie mieli marki Bangladesz - mogli stać gdzie chcą.
Więc wybierałam.....aż stanęłam po środku. Brak koszulki zobowiązuje. Obok mnie Pan w koszulce nad pępek - ponoć damska M :)
Start .....ruszyli.....oooola Boga..wszyscy razem .. !!!!!!
W pierwszych 3km miałam wrażenie, że biegniemy jak psy za zającem, ludzie wpadali na klomby, biegli chodnikiem, skracali zakręty, przepychali. Po 5km obok mnie chłopak wbiegł na metalowy słupek graniczący z ulicą.......prawdopodobnie jego przygoda niepodległości w tym momencie się zakończyła. Jedyne co usłyszałam to okrzyk......raczej nie należał do radosnych.
Przez moment po połowie dystansu przemknęła mi myśl, że 10 tysięcy ludzi i wszyscy wytrzymają bez toalety ?
Dzieci, osoby na wózkach, starsi, młodsi.........tym bardziej moje myśli zaczęły potęgować panikę-jak sama zaczęłam do nich należeć. Brak jakiejkolwiek kabiny spowodował zwiększenie tempa biegu co wróżyło dobrą życiówkę.
Meta, jest meta....tzn trzeba poczekać. Ale co mi tam.....gdzie niby mam się spieszyć. Zapomniałam o kolejkach przy pakietach więc wbiegnięcie na metę również mogło być w temacie świątecznym. Stałam 7 minut zanim doznałam szczęśliwego przekroczenia maty i zamknięcia biegu.
 Jest ! Udało się ! Endorfiny ! Oj ziimno......a przede mną ok 3 tysięcy ludzi w kolejce po medal !
No to stoimy ponownie.....20 minut po medal. Przy jego zawieszaniu miałam wrażenie, że przeistoczyłam się w krainę lodu.
To nic - medal świetny, sztylet, nóż....z zimna nie mogłam już się nim zachwycać. Dalej - puste kartony po rogalach Św Marcina - ale kto by chciał rogale zziębnięte, na mrozie, eeee tam :)
Po całym zamieszaniu spacer na targi po depozyt - bez kolejki !!!!! Przebranie i powrót do domu.
Bieg świetny- wspaniali ludzie, którzy pomimo niedogodności biegli z uśmiechem na twarzy.
Przecież brak rogala, koszulki czy dłuższe stanie w kolejkach nie spowoduje, że przestaniemy kochać biegać, uśmiechać się i być dumni z tego, że jesteśmy Polakami.
Obróciłyśmy w żart wszystkie wady biegu, do tego stopnia, że wyjazd był wręcz kabaretowy i skończył się prawdziwym " laniem ze śmiechu ".



























poniedziałek, 7 listopada 2016

Złoty Bieg w ramach 25 Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy

Mamy zaszczyt być w kręgu organizatorów "Złotego Biegu " w ramach 25 Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Złotowie. Jeśli macie siłę i ochotę do nas dołączyć to serdecznie zapraszamy. Szczegóły w wydarzeniu : https://www.facebook.com/events/1715479162113489/

środa, 2 listopada 2016

Zielonka Cross Duathlon 30,10,2016

" Ludzie szorować groby, a ja jak zwykle muszę robić coś zupełnie przeciwnego "
To była moja pierwsza myśl, po niedzielnym przebudzeniu. Mogłabym rzec , że to staje się już tradycją - rutyna i zwykła codzienność przestaje istnieć.
Jakieś 2 m-ce temu kolega Paweł namówił nas ( zajęło mu to 5 sec ) na organizowany po raz pierwszy Duathlon w Zielonce k.Poznania. Rywalizacja obejmowała bieg 4,8 km plus rower 15 km i na deser bieg 2,8 km. Nie pozostało nic innego jak zebrać zapał w sobie i czekać. Radość zawodów potęgowała myśl, że wszystko ma się odbywać na terenach puszczy w osłonach jesieni.
Niedziela - wieszak na auto, rower, duża kawa, dziewczyny i w drogę.
Akcja " Znicz " nas nie dotyczyła chociaż niektórzy ludzie w tym okresie powinni ograniczyć jeżdżenie wszelkimi pojazdami.


Zielonka Cross Duathlon odbywała się w Parku Krajobrazowym " Zielonka ", biuro zawodów oraz parking - wszystko blisko siebie z geodezyjną dokładnością oznakowania każdego punktu. Nie było szans cokolwiek przegapić czy pogubić. Odbiór pakietów, montaż numeru na kierownicę, pas i mogłyśmy odstawić swoje mtb do strefy zmian. Po chwili odprawa techniczna, chwila na pogaduchy, omówienie taktyk, które i tak się nie przydadzą - START !
Etap biegowy 4,800 km po leśnym terenie, spędziłam w slow joggingu w towarzystwie świetnej kumpeli zamykającej stawkę. Gadania co nie miara i miliony tematów. Nie zdążyłam zauważyć podbiegów i wbiegnięcia na strefę po rower.
Szybka transformacja, kask, rower, natychmiast trzeba było zwiększyć siły w wymagającym terenie.
Dwie pętle tworzyły razem dystans 15 km wzbogacony o górki, piach, błoto, masa kolorowych liści i przede wszystkim - cudowne, świeże i zdrowe leśne powietrze. Kto zapomniał jak potrafią palić żywym ogniem łydki to serdecznie zapraszam na te zawody. Przekonałam się, że nie istnieje moment w którym " stygniemy ". Akcja - pedałujemy ile wlezie trwała do samego końca. Ale nie było łatwo, nierówności terenu i lepiące do szerokich opon błoto wcale nie pomagały.



Etap końcowy to 2,800 km biegowej przyjemności boląco - palących nóg. Dystans ten minął bardzo szybko dzięki mojej nowo poznanej towarzyszce, którą serdecznie pozdrawiam.
Postawiłyśmy sobie motto - że do celu i to szybko, na mecie ponoć czekała pyszna zupa o czym ciągle przypominali strażacy :)
Duathlon zaliczamy do świetnego wydarzenia, który z pewnością zagości u nas na stałe. Nie należy uważać ich za swobodne do pokonania gdyż teren puszczy to wymagające wyzwanie.
Ale takie właśnie doświadczenia uczą nas bycia niezniszczalnym :)


Organizacja na medal, świetny kubek w pakiecie, wszystko dopięte na ostatni guzik, a przede wszystkim rodzinna atmosfera czego często brakuje na innych imprezach sportowych.
A teraz najważniejszy punkt - węgierska zupa to był miód na moje zmęczone ciało i palące łydki. Była tak pyszna, że pamiętać ją będę chyba do .....następnego duathlonu :) Pozdrowienia dla Pani, która tak wspaniale przygotowała posiłek regeneracyjny ( do pakietu była jeszcze drożdżówka i kiełbasa z ogniska ). Po gorącej kawie ....powrót do domu z wspaniałym medalem stał się zwieńczeniem sportowej niedzieli. Do następnego razu....za rok :)