czwartek, 23 marca 2017

2 Perspektywy Krajna Adventure Race 2017

Perspektywa nr 1 - Trasa Przygodowa
Od kilku dni wiedziałyśmy, że pogoda będzie fatalna. W środku tygodnia kupowałam jeszcze prochowiec a"la sztormiak, który miał mnie uchronić przed powodzią.
W piątek ogólne pakowanie, gotowanie makaronu, czołówka, suche skarpety do przepaków i buty. Byłam gotowa.
Sobota rano - wcześnie rano - najpierw spacer z psem i obczajenie temperatury na zewnątrz plus bułeczki ze sklepu. Szczerze - zimno było jak cholera, do tego padał deszcz i zapowiadali silny wiatr. Miałam nadzieję, że te kilka warstw odzieży uratuje mnie od katastrofy organizmu.
Równo o godz 8-ej dostałyśmy mapy, chwila uzgadniania najkorzystniejszych dróg i udaliśmy się na start. Prolog zawierał rozrzuconych po mieście 13 punktów. Na trzecim już mieliśmy mokre nogi po przygodzie z bagnem. Ogólnie załatwieni byliśmy 10 min po starcie - a gdzie jeszcze 70 km ?????
Jedyną nadzieją dla nas i naszych przyszłych angin była Aga, która przed etapem rowerowym zaopatrzyła nas w suche skarpety i worki. W miarę ociepleni ruszyliśmy na kolejną przygodę i szukanie następnych punktów.
Należę do maniaków rowerowych więc nawet gdyby była w tym czasie burza z piorunami i do tego tajfun - to i tak nie byłabym w stanie narzekać. Po prostu uwielbiam mój dwukołowy pojazd, drugi również, oraz przygody związane z nimi :)
Jak dojechaliśmy do pierwszego przepaku zaliczając tym samy pierwszy etap rowerowy - byliśmy już kompletnie mokrzy. W tym czasie padał deszcz ze śniegiem, a wiatr miał prędkość 25 km /h.
Mój sztormiak przemókł do tego stopnia, że druga kurtka była cała napita wodą. Perspektywa suchego ciała zniknęła wraz z właściwościami odprowadzającymi wodę, które zapewniał sprzedawca.
Skorzystaliśmy z okazji zamkniętego pomieszczenia, a serwowana w bazie gorąca kawa miała w tym momencie wartość niczym na polu Brazylii. Rozwiązaliśmy zadanie logiczne, zjedliśmy posiłek, przebraliśmy się we wszystko co było suche i ruszyliśmy na szukanie kolejnych punktów.
Bieganie po lesie wyglądało mniej więcej jak pogoń za królikiem. Przedstawiona mapa miała kilku nawigatorów więc nasz rajd zamieniał się po woli w kabaret. Po odnalezieniu i podbiciu ukrytych punktów otrzymaliśmy kolejną taśmę i byliśmy gotowi na drugą cześć zabawy.
Na tym etapie miałam już początki hipotermii, palce na kierownicy zaczęły mi drętwieć, stopy nie należały już do mnie, a widmo zacinającego wiatru nie napawał optymizmem.
Nie było nam do śmiechu, wyziębiony organizm przyjmuje dwa razy większe zmęczenie. Przemoczony i głodny - to już tykająca bomba zegarowa. Jednak nie dane nam było umrzeć w środku lasu. Na szczęście Aga z Gosią zrobiły nam punkt grzewczo - żywieniowy w miejscu zadania specjalnego. Kupione przez nie drożdżówki, termosy z gorącą kawą i herbatą oraz możliwość przebrania były dla nas spełnieniem marzeń. Wszyscy z wielką radością korzystaliśmy z ich kosza :)
Naładowani nową siłą ruszyliśmy dalej.
Wiatr nabierał mocy przy tym zbliżał się etap kajakowy na jeziorze, który z uwagi na pogodę niestety nie został przez nas zrealizowany. Moja ambicja walczyła na wojnie ze zdrowym rozsądkiem.
Nie przekonywały mnie wielkie fale, deszcz i tafla jeziora niczym szaleństwo dnia.
Po prostu nie potrafiłam sobie przetłumaczyć, że należy odpuścić ....... kiedyś wrócę sama i odnajdę niezaliczone punkty :)
Na sam koniec pozostał nam etap w pobliskim Zawilcu gdzie byliśmy już kompletnie wykończeni i nasze skupienie graniczyło z osłupieniem.
Po ich odnalezieniu udaliśmy się na metę, ciepłą zupę i możliwość skorzystania z całościowego suszenia.
Wygraliśmy, daliśmy radę i szczęśliwie ukończyliśmy .....
Mieszana trasa 70 km , zadania specjalne, wszystko na orientację, ciągły deszcz, śnieg, silny wiatr i przenikliwe zimno........ tylko wewnętrzna walka ze słabościami pozwoliła nam dotrzeć do mety w zdrowiu. Na dodatek o dziwo wszyscy jesteśmy zdrowi....a wróżono nam wszelakie typy przeziębień :) Ani zakwasów, bólu czy wycieńczenia......oby tak dalej i zdrowo do przodu.



 Perspektywa nr 2 - Trasa Rowerowa



 Od momentu jak zobaczyłam, że w tym roku powstała również trasa rowerowa wiedziałam, że wezmę udział!
Moje przygotowania nie wyglądały imponująco. Jestem typem osoby która robi wszystko na ostatnią chwilę i tak było z zakupem rękawiczek, oświetlenia i gotowania makaronu dopiero o 21:00 :).
W sobotę byliśmy zwarci i gotowi, choć wcześniej wydawałoby się, że biegamy po domu i chcemy zabrać wszystko co możliwe bo "może się przyda".
W końcu pojechaliśmy odebrać pakiety, a potem na start po mapę.
Moja ekipa składała się z trzech facetów, którzy z nawigacją oczywiście są za pan brat - wiedziałam, że nie mam z nimi co dyskutować.
Odliczanie, start!
Po zdobyciu kilku punktów postanowiliśmy, że warto wybrać skrót,......ponoć tam miała być droga.. niestety skończyło się przeprawą przez rów, skoczyłam i zanurzyłam całą stopę, a przede mną było jeszcze ponad 50 km jazdy :)


 Potem było już tylko lepiej - pogoda nie rozpieszczała, trasa "ustawiona" cały czas pod wiatr, deszcz przez resztę dnia na zmianę ze śniegiem i oczywiście ta mrożąca krew w żyłach temperatura.
Gdy już zbliżaliśmy się do etapu końcowego każdy z nas wyglądał jakby wskoczył do rzeki w ubraniu.


 Zdobywanie punktów było niczym wyzwanie - gdzie będzie znajdował się kolejny ? czy daleko ? czy w jakimś ciekawym miejscu?
Nie mogliśmy odnaleźć ambony w lesie i krążyliśmy kilka dobrych minut bo ambicja nie pozwalała odpuścić, potem ktoś powiedział, że była niedaleko nas. a my jej nie zauważyliśmy.. to pozostawiło straszny niedosyt.




Dałam radę, jak na pierwszy taki rajd w moim wykonaniu, ilość pokonanych kilometrów, warunki pogodowe i zmęczenie ........wygrałam ze wszystkim dzięki sobie i wspaniałej ekipie.
Dzięki Bartek, Remek, Przemo za zaangażowanie i dobry humor! :)


Stanowisko grzewczo -  żywieniowe

środa, 22 marca 2017

Do boju !

" Chwała należy się temu, kto staje w szranki, a twarz jego splamiona jest pyłem, potem i krwią. Temu, kto odważnie stawia czoło; kto gubi się i popełnia błędy, choćby po wielokroć – nie ma bowiem przedsięwzięć bez błędów i błądzenia. Temu, kto stara się sprostać wyzwaniom, kto wie, czym jest wielka pasja i wielkie poświęcenie, kto oddaje się słusznej sprawie, kto w chwilach swych najlepszych triumfuje, zaś w najgorszych – nawet jeśli ponosi klęskę, to dając z siebie wszystko. Takim ludziom nigdy nie po drodze z nieczułymi, bojaźliwymi duszami, które nie zaznały ani smaku zwycięstwa, ani goryczy porażki."
Theodore Roosvelt 1910 r. Francja

wtorek, 14 marca 2017

Bieganie, hashimoto i inne diabelstwa

Do tego postu zbierałam się ponad dwa lata, nie chciałam chyba ruszać tematu, który wywrócił moje życie do góry piętami.
Dokładnie w lutym 2015 r byłam szczęśliwym osobnikiem płci pięknej, którego system tygodniowy składał się głównie z treningów biegowych i crossfitu. Biorąc pod uwagę, że nigdy nie przypominałam modelki z okładki magazynu modowego zarówno urodą jak i figurą - zbytnio nie zwracałam uwagi na przemiany ciała. Może dlatego, że pochłaniała mnie pasja sportu i nie podchodziłam do tego, aż tak profesjonalnie jak np Iza - instruktor fitness.
To właśnie od niej się wszystko zaczęło.
Po dłuższym czasie obserwowania moich poczynań stwierdziła, że moja budowa nie ma śladu tych wszystkich kilometrów biegowych, brzuszków, kilogramów hantli i kręcenia kółek na rowerze.
Przyznałam jej rację, waga stała, uda były masywne, a tyłek nie przypominał tych - które mają wysportowane biegaczki. Dostałam polecenie zrobienia wyników pod kątem hormonalnym.
Na drugi dzień dzielnie poszłam i popełniłam największy błąd robiąc samo TSH oraz morfologię. Niewiedza potwornie mnie zgubiła.
Po odebraniu wyniku, z którego nie wychodziło nic konkretnego , grzecznie zaniosłam je do najbliższego endokrynologa.
Wizyta taka sama jak inne, pokój, kilka pytań, badanie w wywiadzie i USG.
O ma Pani hashimoto i guzki.......3 widzę.....trzeba zrobić im biopsję ...
Że co ? Po co ? Jaka biopsja ? Hashi co ?
No wie Pani trzeba sprawdzić, czy nie są złośliwe .
Świat i podejście do mojego wspaniałego nastawienia zdrowotnego runął w 1/3 części, pozostała reszta trzymała mnie w ryzach. Zapisałam się na to wstrętne badanie, okropne kłucie i jakoś je przeżyłam. Ale jestem ogólnie igło-wstrętem więc nie należy sobie brać tego opisu do serca.
Po prostu nie lubię wszystkiego co kłuje :)
Wynik, na który czekaliśmy 2 tygodnie zabrał następne 1/3 ogólnej radości.
Pani, która go wydawała informacyjnie orzekła, że nowotwór pęcherzykowaty to nic takiego.
Powiem szczerze - takich trzech dni załamania psychicznego nie miałam nigdy w życiu, nie mogłam się pozbierać.....właściwie tylko płakałam.....widziałam siebie na oddziale, chemia, operacje, moje małe dzieci bez mamy......koszmar......kolejny etap niewiedzy, który całkowicie mnie zjadł.
Po tych dniach jednak podniosłam się i stwierdziłam, że powinnam przestać myśleć tylko o sobie. Chciałam walczyć dla rodziny. Ponoć nie wszyscy mają takie nastawienie, ale ja z reguły jestem waleczna, troszkę odważna chociaż zastrzyków nie lubię :)
Może to nie moja dziedzina rycerstwa.
Ostatkami swojego wewnętrznego szczęścia pojechałam z wynikiem do endokrynologa.
Kilka słów, że będzie dobrze, głowa do góry, tylko przetrwać, ponoć ciągle wycinają tarczyce, w sumie po co mi ten organ, czy planuje dzieci itp itd.......siedziałam tam jak postrzelona w czoło i tylko rozumiałam zdanie : operacja, najlepiej szybko....
Nie musiałam długo czekać, gdybym nie działała w systemie panicznego strachu wyrzucenia z siebie cholerstwa - nigdy nie dałabym sobie wyciąć tarczycy.
Operacja rzeczywiście nie była zbyt skomplikowana. Pamiętam jak na wywiadzie z lekarzem prowadzącym ryczałam i prosiłam aby zostawił mi przytarczyce. Obiecałam mu, że jeśli to zrobi przyniosę najbliższy medal z biegu na oddział. Perspektywa zaburzonej gospodarki wapniowej i jedzenia ogromnych dawek - w tym niszczenie pozostałych organów nie wchodziło w grę.
Udało się .......przytarczyce zostały, tyci kawałek tarczycy również, a wynik.....poszedł dalej w świat żeby zabrać moje ostatnie szczęście ze sobą.
Usłyszałam wykład o naświetlaniu, dalszym leczeniu, dostałam hormony i wyszłam z oddziału okrzyknięta tą - co ma wspaniałą morfologię.
Przez kilka dni dochodziłam do siebie - nie jest to wspaniały okres....zresztą po każdej operacji ciało jest obolałe - jakby obce. Potrzeba czasu aby oswoić się z ingerencją czegoś nienaturalnego w systemie dnia.
Po tygodniu wstąpił we mnie demon zdrowia - miałam dość przyzwyczajeń, niewiedzy i chciałam wszystko zmienić. Wiedziałam, że jeśli dopadło mnie coś tak strasznego - to jest to tylko i wyłącznie moja wina.
Wielki na 120 l czarny worek był śmiercią moich błędów. Stał na środku kuchni i pochłaniał cały plastik domowy, sieciowe przyprawy, białą mąkę, makarony, taniości, margaryny, oleje rafinowane, palmowe udziwnienia, cały cukier włącznie z barwionymi napojami.
Po godzinie był pełen. Pożegnałam się z kolorowymi miskami, białym chlebem z margaryną i dżemem wieloowocowym. Zostałam z pustą lodówką, szafami i kuchnią..........oraz dziećmi patrzącymi na mnie jak na szaloną matkę z plastrem na szyji.
Drugi worek stał w łazience.......po pewnym czasie również zabrał całe pięknie wyglądające i pachnące buteleczki, kremy, nawilżane chusteczki, domestosy i viziry.
Chemia umarła w moim domu......zrobiłam jej pogrzeb, świeczki nie paliłam - były w worku.
Przez cały tydzień miałam jeden wielki problem co jeść.......co gotować.....nie potrafiłam działać zdrowo. Stare przyzwyczajenia tanio i szybko wkradały się jak mogły do codzienności.
Do sklepu chodziłam z książeczką oznaczeń chemicznych składników. Oszalałam.
Prałam w orzechach, zęby myłam sodą, jedzenie kupowałam w małych sklepikach.......bałam się wszystkiego.
Zostałam z odwróconym życiem, hashimoto, zabraną tarczycą i kompletną niewiedzą.
Zaczęłam studiować życie z chorobą. Po pewnym czasie mogłam spokojnie dawać wykłady z endokrynologi. Odkryłam wszystkie swoje błędy badań, żywienia, życia.
Na każdym kroku łapałam się za głowę.
Przyszedł wynik.......pojechałam po niego sama na oddział.
Miałam już tak bojowe nastawienie, że żaden czołg by mnie nie pokonał.
Wiedziałam, że bez względu na opis - będzie bitwa !
Pani pielęgniarka wręczyła mi świstek koło szpitalnej kaplicy w dzień Prima Aprylis......do teraz mam to przed oczyma. Weszłam najpierw do niej się pomodlić, potrzebowałam jakiegoś wewnętrznego wsparcia, uspokojenia. Po kilku minutach otworzyłam zwitek.......wszystko po łacinie.
Ze strachem w oczach znalazłam ordynatora chirurgi, który prawie w locie na moją prośbę zerknął w wynik . Spojrzał, potem na mnie i ze zdziwieniem powiedział :
- Tutaj nic nie ma i nie było.......nic........... żadnego nowotworu.
Zemdlałam w środku, byłam betonowym słupem , chyba na kilka minut straciłam rzeczywistość.
Potem się poryczałam. Ze szczęścia, ze straconych dni załamania psychicznego, z tego że dałam się ograbić z narządu........ Byłam efektem błędnej biopsji, operacji i systemu.
W jednej chwili odzyskałam całe utracone wewnętrzne szczęście, radość i chęć do szaleństw. Wiedziałam, że muszę przeczekać okres rekonwalescencji i odpoczynku ale plany sportowe i żywieniowe miałam rozpisane na najbliższe 120 lat wykluczając wszystko co przemysłowe i chemiczne.
Życie zaczęło wracać do codzienności z pełnym słońcem na niebie.
Zjadałam książki, publikacje, czasopisma, artykuły na temat zdrowego podejścia do życia, 5ciu przemian, leczenia Zięby. Wyrzucałam po mału gluten, ograniczałam nabiał, zrobiłam wojnę na cukier. Otwierałam oczy ze zdziwienia na temat rakotwórczych dodatków w zwykłych jogurtach dla dzieci. Byłam już całkowicie inna.
Po wynikach, które robiłam prywatnie sama zaczęłam liczyć konwersję hormonów bez udziału endokrynologa. Wystarczająco już mi zaszkodził.
Kompletna morfologia, trójka tarczycowa wraz z poziomami zapalnymi, D3, wapń, żelazo, badania na insulinoodporność, selen, ferrytyna i wit B.
Poziomy wracały do norm. Nastawienie i psychika również.
Zaczęłam biegać, marszobiegać, ćwiczyć, pływać, jeździć na rowerze. Zaczęłam żyć.

Przeżyłam koszmarny przecinek bo " nie chudłam " ........ i nadal moja figura nic się nie zmienia.
Ale czy to ważne ?
Jestem zdrowa, mogę trenować, cieszyć się, szaleć. Stać mnie na zawody - w których wielu nie daje rady. Po tej przygodzie stać mnie było na doświadczenie z triathlonem, przede mną biegi górskie i maraton. Oczywiście - chciałabym cofnąć czas, byłabym mądrzejsza, nie reagowała panicznie i z pewnością miałabym tarczycę na swoim miejscu. Ale błędy i niewiedza uczy nas rozwoju. Może gdyby nie ta przygoda - nadal byłabym wielbicielem fast foodów i jedzenia z McD ? Jedno jest pewne - uchroniłam swoje dzieci przed takimi błędami. Nie muszę wstydzić się za ich zdrowie.







czwartek, 2 marca 2017

IV Ogólnopolski Bieg Niezłomnych Białe Błota

Nie jest żadną tajemnicą, że tym co bronili naszego kraju i rodaków należy się szacunek.
Pomimo wielkiego hałasu na propagandę i wpływ innych co powinniśmy, a czego nie -  zawsze robimy tylko to co dyktuje nam sumienie i serce.
Mamy wielki szacunek dla wszystkich żołnierzy, którzy w wieku bardzo młodym mieli tyle odwagi aby walczyć i zginąć za Polskę.
Dzisiaj Dzień Żołnierzy Wyklętych - narodowe święto, pamięć i cześć. W niedzielę z tej okazji w całej Polsce odbywały się biegi. W tym roku z początku byłyśmy zarejestrowane na wydarzenie w Koszalinie, potem opcja przedstawiała udział w Pile - a na samym końcu dzień przed wybrałyśmy Białe Błota.
Bieg kameralny, podzielony na dwa dystanse 5km i 10km odbywający się po leśnych ścieżkach okolicznego terenu. Przed nim bardzo wzniosła uroczystość w obecności wojska oraz zasłużonych osób. Wystrzały broni w hołdzie, kwiaty, delegacje.
W tym dniu nie liczyła się rywalizacja i walka o miejsce, wszyscy z uśmiechem na twarzy kończyli dystans. Miałam zaszczyt być pacemakerem swojej mamy, która zapragnęła jako jedyna pokonać trasę 5km o kijach nordic walking.
Oprawa, organizacja i obsługa biegu na najwyższym poziomie, wspaniały poczęstunek oraz nagrody. Z pewnością wrócimy tutaj za rok.