wtorek, 14 marca 2017

Bieganie, hashimoto i inne diabelstwa

Do tego postu zbierałam się ponad dwa lata, nie chciałam chyba ruszać tematu, który wywrócił moje życie do góry piętami.
Dokładnie w lutym 2015 r byłam szczęśliwym osobnikiem płci pięknej, którego system tygodniowy składał się głównie z treningów biegowych i crossfitu. Biorąc pod uwagę, że nigdy nie przypominałam modelki z okładki magazynu modowego zarówno urodą jak i figurą - zbytnio nie zwracałam uwagi na przemiany ciała. Może dlatego, że pochłaniała mnie pasja sportu i nie podchodziłam do tego, aż tak profesjonalnie jak np Iza - instruktor fitness.
To właśnie od niej się wszystko zaczęło.
Po dłuższym czasie obserwowania moich poczynań stwierdziła, że moja budowa nie ma śladu tych wszystkich kilometrów biegowych, brzuszków, kilogramów hantli i kręcenia kółek na rowerze.
Przyznałam jej rację, waga stała, uda były masywne, a tyłek nie przypominał tych - które mają wysportowane biegaczki. Dostałam polecenie zrobienia wyników pod kątem hormonalnym.
Na drugi dzień dzielnie poszłam i popełniłam największy błąd robiąc samo TSH oraz morfologię. Niewiedza potwornie mnie zgubiła.
Po odebraniu wyniku, z którego nie wychodziło nic konkretnego , grzecznie zaniosłam je do najbliższego endokrynologa.
Wizyta taka sama jak inne, pokój, kilka pytań, badanie w wywiadzie i USG.
O ma Pani hashimoto i guzki.......3 widzę.....trzeba zrobić im biopsję ...
Że co ? Po co ? Jaka biopsja ? Hashi co ?
No wie Pani trzeba sprawdzić, czy nie są złośliwe .
Świat i podejście do mojego wspaniałego nastawienia zdrowotnego runął w 1/3 części, pozostała reszta trzymała mnie w ryzach. Zapisałam się na to wstrętne badanie, okropne kłucie i jakoś je przeżyłam. Ale jestem ogólnie igło-wstrętem więc nie należy sobie brać tego opisu do serca.
Po prostu nie lubię wszystkiego co kłuje :)
Wynik, na który czekaliśmy 2 tygodnie zabrał następne 1/3 ogólnej radości.
Pani, która go wydawała informacyjnie orzekła, że nowotwór pęcherzykowaty to nic takiego.
Powiem szczerze - takich trzech dni załamania psychicznego nie miałam nigdy w życiu, nie mogłam się pozbierać.....właściwie tylko płakałam.....widziałam siebie na oddziale, chemia, operacje, moje małe dzieci bez mamy......koszmar......kolejny etap niewiedzy, który całkowicie mnie zjadł.
Po tych dniach jednak podniosłam się i stwierdziłam, że powinnam przestać myśleć tylko o sobie. Chciałam walczyć dla rodziny. Ponoć nie wszyscy mają takie nastawienie, ale ja z reguły jestem waleczna, troszkę odważna chociaż zastrzyków nie lubię :)
Może to nie moja dziedzina rycerstwa.
Ostatkami swojego wewnętrznego szczęścia pojechałam z wynikiem do endokrynologa.
Kilka słów, że będzie dobrze, głowa do góry, tylko przetrwać, ponoć ciągle wycinają tarczyce, w sumie po co mi ten organ, czy planuje dzieci itp itd.......siedziałam tam jak postrzelona w czoło i tylko rozumiałam zdanie : operacja, najlepiej szybko....
Nie musiałam długo czekać, gdybym nie działała w systemie panicznego strachu wyrzucenia z siebie cholerstwa - nigdy nie dałabym sobie wyciąć tarczycy.
Operacja rzeczywiście nie była zbyt skomplikowana. Pamiętam jak na wywiadzie z lekarzem prowadzącym ryczałam i prosiłam aby zostawił mi przytarczyce. Obiecałam mu, że jeśli to zrobi przyniosę najbliższy medal z biegu na oddział. Perspektywa zaburzonej gospodarki wapniowej i jedzenia ogromnych dawek - w tym niszczenie pozostałych organów nie wchodziło w grę.
Udało się .......przytarczyce zostały, tyci kawałek tarczycy również, a wynik.....poszedł dalej w świat żeby zabrać moje ostatnie szczęście ze sobą.
Usłyszałam wykład o naświetlaniu, dalszym leczeniu, dostałam hormony i wyszłam z oddziału okrzyknięta tą - co ma wspaniałą morfologię.
Przez kilka dni dochodziłam do siebie - nie jest to wspaniały okres....zresztą po każdej operacji ciało jest obolałe - jakby obce. Potrzeba czasu aby oswoić się z ingerencją czegoś nienaturalnego w systemie dnia.
Po tygodniu wstąpił we mnie demon zdrowia - miałam dość przyzwyczajeń, niewiedzy i chciałam wszystko zmienić. Wiedziałam, że jeśli dopadło mnie coś tak strasznego - to jest to tylko i wyłącznie moja wina.
Wielki na 120 l czarny worek był śmiercią moich błędów. Stał na środku kuchni i pochłaniał cały plastik domowy, sieciowe przyprawy, białą mąkę, makarony, taniości, margaryny, oleje rafinowane, palmowe udziwnienia, cały cukier włącznie z barwionymi napojami.
Po godzinie był pełen. Pożegnałam się z kolorowymi miskami, białym chlebem z margaryną i dżemem wieloowocowym. Zostałam z pustą lodówką, szafami i kuchnią..........oraz dziećmi patrzącymi na mnie jak na szaloną matkę z plastrem na szyji.
Drugi worek stał w łazience.......po pewnym czasie również zabrał całe pięknie wyglądające i pachnące buteleczki, kremy, nawilżane chusteczki, domestosy i viziry.
Chemia umarła w moim domu......zrobiłam jej pogrzeb, świeczki nie paliłam - były w worku.
Przez cały tydzień miałam jeden wielki problem co jeść.......co gotować.....nie potrafiłam działać zdrowo. Stare przyzwyczajenia tanio i szybko wkradały się jak mogły do codzienności.
Do sklepu chodziłam z książeczką oznaczeń chemicznych składników. Oszalałam.
Prałam w orzechach, zęby myłam sodą, jedzenie kupowałam w małych sklepikach.......bałam się wszystkiego.
Zostałam z odwróconym życiem, hashimoto, zabraną tarczycą i kompletną niewiedzą.
Zaczęłam studiować życie z chorobą. Po pewnym czasie mogłam spokojnie dawać wykłady z endokrynologi. Odkryłam wszystkie swoje błędy badań, żywienia, życia.
Na każdym kroku łapałam się za głowę.
Przyszedł wynik.......pojechałam po niego sama na oddział.
Miałam już tak bojowe nastawienie, że żaden czołg by mnie nie pokonał.
Wiedziałam, że bez względu na opis - będzie bitwa !
Pani pielęgniarka wręczyła mi świstek koło szpitalnej kaplicy w dzień Prima Aprylis......do teraz mam to przed oczyma. Weszłam najpierw do niej się pomodlić, potrzebowałam jakiegoś wewnętrznego wsparcia, uspokojenia. Po kilku minutach otworzyłam zwitek.......wszystko po łacinie.
Ze strachem w oczach znalazłam ordynatora chirurgi, który prawie w locie na moją prośbę zerknął w wynik . Spojrzał, potem na mnie i ze zdziwieniem powiedział :
- Tutaj nic nie ma i nie było.......nic........... żadnego nowotworu.
Zemdlałam w środku, byłam betonowym słupem , chyba na kilka minut straciłam rzeczywistość.
Potem się poryczałam. Ze szczęścia, ze straconych dni załamania psychicznego, z tego że dałam się ograbić z narządu........ Byłam efektem błędnej biopsji, operacji i systemu.
W jednej chwili odzyskałam całe utracone wewnętrzne szczęście, radość i chęć do szaleństw. Wiedziałam, że muszę przeczekać okres rekonwalescencji i odpoczynku ale plany sportowe i żywieniowe miałam rozpisane na najbliższe 120 lat wykluczając wszystko co przemysłowe i chemiczne.
Życie zaczęło wracać do codzienności z pełnym słońcem na niebie.
Zjadałam książki, publikacje, czasopisma, artykuły na temat zdrowego podejścia do życia, 5ciu przemian, leczenia Zięby. Wyrzucałam po mału gluten, ograniczałam nabiał, zrobiłam wojnę na cukier. Otwierałam oczy ze zdziwienia na temat rakotwórczych dodatków w zwykłych jogurtach dla dzieci. Byłam już całkowicie inna.
Po wynikach, które robiłam prywatnie sama zaczęłam liczyć konwersję hormonów bez udziału endokrynologa. Wystarczająco już mi zaszkodził.
Kompletna morfologia, trójka tarczycowa wraz z poziomami zapalnymi, D3, wapń, żelazo, badania na insulinoodporność, selen, ferrytyna i wit B.
Poziomy wracały do norm. Nastawienie i psychika również.
Zaczęłam biegać, marszobiegać, ćwiczyć, pływać, jeździć na rowerze. Zaczęłam żyć.

Przeżyłam koszmarny przecinek bo " nie chudłam " ........ i nadal moja figura nic się nie zmienia.
Ale czy to ważne ?
Jestem zdrowa, mogę trenować, cieszyć się, szaleć. Stać mnie na zawody - w których wielu nie daje rady. Po tej przygodzie stać mnie było na doświadczenie z triathlonem, przede mną biegi górskie i maraton. Oczywiście - chciałabym cofnąć czas, byłabym mądrzejsza, nie reagowała panicznie i z pewnością miałabym tarczycę na swoim miejscu. Ale błędy i niewiedza uczy nas rozwoju. Może gdyby nie ta przygoda - nadal byłabym wielbicielem fast foodów i jedzenia z McD ? Jedno jest pewne - uchroniłam swoje dzieci przed takimi błędami. Nie muszę wstydzić się za ich zdrowie.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz